Drogi Chrystusa

Niezależna strona informacyjna
zawierająca poglądy oparte na wielu
dziedzinach badań i doświadczeń.
do witryny: dalsze oferty i języki.
Drogi Chrystusa w ludzkiej świadomości i na ziemi.
WPROWADZENIE w sens i używanie tego tekstu.
Od dwóch tysięcy lat, a uwzględniając wcześniejsze przepowiednie jeszcze kilka tysięcy lat wcześniej, ludzie ręczą za swoje różnorodne bezpośrednie doświadczenia z Jezusem Chrystusem. Mimo różnych charakterów, odmiennego religijnego, filozoficznego lub naukowego otoczenia, wykazują one niezależnie od siebie podobieństwa. Mowa jest o aktualnej w danym czasie realności Chrystusa, a także częściowo o możliwości przygotowania się do podobnych doświadczeń innych i siebie samego; oraz o nowych zdolnościach, które od 2000 lat wpłynęły dzięki Chrystusowi na rozwój ludzkości wykraczając poza znaczenie historyczno-kulturalnego pośrednictwa. Szczegóły tych nie tylko teoretycznie, lecz również praktycznie zrozumiałych stopni „wzrastania” omawia się tu dokładnie i w nowatorski sposób.
W 12 wieku opat Joachim de Fiore przepowiedział „ epokę Ducha Świętego”, w której tego typu stosunek pojedynczej jednostki do Boga stałby się niezależnym od instytucji dobrem ogólnym. W dzisiejszych czasach rozpowszechniają się na całym świecie liczne dążenia nie tylko poszukujące odpowiedniego uosobienia chrystusa w człowieku, lecz również traktujące indywiduum jako świadomą komórkę w „ciele Chrystusa”. Widziane częściowo w powiązaniu z tym „ponowne nadejście Chrystusa” i obecna „apokalipsa”, jako całościowe procesy, wskazują na coś znacznie bardziej złożonego, niż „reinkarnacja” z ludzkiego punktu widzenia.
Jakie można tu odnaleźć specyficzne możliwości rozwoju człowieka i ziemi, których nie było jeszcze przed ziemskim życiem Jezusa – oto pytanie na które próbujemy odpowiedzieć w poniższych rozważaniach.
Właśnie w czasach,
-w których z fenomenu Jezusa Chrystusa korzysta się w różnych teologiach i dogmatach, poprzez rozważania natury językowej, historyczno-krytycznej, archeologicznej i paleograficznej, religijno-socjologicznej, psychologicznej, przez nauki przyrodnicze, polityczne itd.
- w których, jak w czasach prachrześcijaństwa, obok starych ugrupowań materialistycznych, powstały inne ugrupowania o zróżnicowanym charakterze duchowym, które to nawiązują w płynny sposób do chrześcijaństwa, bądź też odgraniczają się od niego,
- w których pojawiają się zagmatwane zjawiska, jak np. wielu rzekomych ucieleśnionych Chrystusów w teraźniejszości i w których w imię Chrystusa dzieje się wiele problematycznego i negatywnego - może być interesujące zbadanie tego, co w tej skomplikowanej rzeczywistości mogłoby istotnie być specjalnym dziełem Chrystusa.
Nawiązujemy tu do własnych doświadczeń, jak również do innych źródeł mistycznych i innych.
Zastosowany punkt widzenia ma charakter międzydyscyplinarny i nawiązuje do wielu dziedzin nauki i doświadczeń, a więc nie tylko do teologii. Ze spirytualnego punktu widzenia nie może być mowy o odbiegającym od świadomości politycznej pseudo-uduchowieniu. Dogmatów mechanicznego myślenia nauk przyrodniczych ostatniego stulecia nie można oczywiście w tym kontekście zaakceptować jako ograniczenia punktu widzenia. To samo odnosi się do wschodnich wyobrażeń, które wychodzą z założenia, że nie istnieje nic czego nie było jeszcze w staroindyjskich Wedach, a Jezus jest tylko „ewentualnie nauczycielem trzeciej kategorii” tego samego. Takie przeświadczenie nie znajduje uzasadnienia w przytoczonych w tekście dla porównania lub uzupełnienia, odsyłaczach do książek itd., a więc ani te książki, ani teologiczne wiadomości nie są konieczne aby zrozumieć. (To samo dotyczy planowanej listy książek dla osób zainteresowanych teologią, patrz: linki). Niczego nie należy rozumieć jako dogmatu lub zdania jakiejś zewnętrznej organizacji religijnej. Nic też nie jest skierowane ani przeciwko jakiemuś kościołowi, bądź też społeczności wyznaniowej, ani przeciwko np. apostolskiemu wyznaniu wiary. Ludzie o innych tradycjach religijnych lub światopoglądowych, pozytywnie zainteresowani nowymi dociekaniami z dziedziny chrześcijaństwa, mogą też odkryć coś w tym tekście, który nie jest ani dogmatyczny, ani też materialistycznie spłycony. Dlatego można też znaleźć wskazówki na temat stosunku światopoglądu chrześcijańskiego do innych dążeń. Częściowo w podobny sposób, w jaki Ewangelia św. Jana wyjaśniała językiem zrozumiałym dla ówcześnie poszukujących specyfikę chrześcijaństwa, ten tekst ukazuje z różnych punktów widzenia dzisiejsze drogi. Także styl tych tekstów pozostawia wolność. Badania naukowe to bowiem coś innego niż misja. Ci chrześcijanie, którzy wolą wybrać dla siebie prostą wiarę bez dogłębnych rozważań, mogą nauczyć się z tych tekstów jak można lepiej i bez powstawania nieporozumień, nawiązać dialog z ludźmi ze swojego otoczenia, którzy reprezentują inny światopogląd.Tekst przemawia jedynie poprzez swoją treść.
„Mam wam jeszcze wiele do powiedzenia, ale nie zdołacie jeszcze tegounieść. Jeśli jednak nadejdzie ten, którego znacie jako Ducha Prawdy – poprowadzi on was ku wszelkiej prawdzie” (św. J. 16:12-13). Tym duchem jest zainspirowany niniejszy projekt.
|
Wskazówka metodyczna. Kolejnych 37 rozdzia łów kieruje się według chronologicznych etapów w Ewangeliach i w Objawieniu św.Jana. Polecamy zapoznanie się z nimi również w tej kolejności przy pomocy m.in. Ewangelii św.Jana i Objawienia św.Jana.Studiowanie Biblii, tzn. czytanie tekstów, obróbka językowa i zrozumienie powiązań jest tylko jedną z metod. Podczas lektury możliwe jest, że rozdziały tekstu, i w nie mniejszym stopniu Bóg, doprowadzą do głębszego zrozumienia. Witryna składa się z dłuższego, ciągłego tekstu, do którego rozdziałów można też dostać się przez spis treści. W celu dogłębniejszego tłumaczenia polecamy wydrukowanie tekstu. Jest to w zależności od ustawienia przeglądarki i drukarki, ok. 60 stron. Osoby zainteresowane dodatkowo całościową metodą obróbki mogą – włączając nie wykorzystywane strefy duszy – po przestudiowaniu danego rozdziału poddać go skoncentrowanej obserwacji czytając np. Ewangelię św. Jana i medytując nad nią. (św. Jan wzgl. jego uczniowie zajmowali się w szczególności głębszym duchowym znaczenien rozwoju wydarzeń.) |
Wróć do spisu treści tej strony.

„Na początku było słowo (po grecku: Logos) ... i słowo stało się ciałem" (św. J. 1).
Takie opisy nie były skierowane przeciwko widzeniu Jezusa jako człowieczego wzoru, lecz podkreślały jego głębszą więź z Bogiem i stworzeniem świata. Rodzaj tej więzi jest później różnie rozumiany. Uznanie jej jednak z założenia za niezrozumiałą i nieautentyczną, jest niedopuszczalną sztuczną ingerencją. Tego typu interpretację można spotkać w Ewangelii św. Jana 1, J. 5, J. 6, 69, oraz 7…., św. Mateusza 16, 16, w Liście do Kolosan i w Liście do Efezjan itd. Można ją też odnaleźć u dawnych nauczycieli kościoła, u mistyków takich jak Jakob Boehme, u Rudolfa Steinera (Helsingfors 1912), a poza tym ożywa ona również w „naukach ezoterycznych” chrześcijańskiego mędrca „Daskalosa”, jak również w książkach amerykańskiego teologa Matthew Fox’a„Wielkie błogosławieństwo” i „Wizja kosmicznego Chrystusa” (
„Der Große Segen" i „Vision vom kosmischen Christus").W kościele katolickim i częściach kościoła ewangelickiego próbowano zakonserwować niknącą bliskość w stosunku do tej płaszczyzny przez teoretyczne dogmaty. Inne odłamy kościołów ewangelickich, które bardziej uwzględniały socjalną działalność Jezusa, sądziły, że należy zrezygnować z boskich aspektów istoty Jezusa. W naukach pochodzenia hinduistycznego porównuje się z tym pojęcie „awatar” różnych stopni. Pod tym pojęciem rozumie się ludzi, którzy nie są na ziemi po to, by samemu się rozwijać, lecz po, to by przyczynić się do rozwoju jakiegoś narodu lub ludzkości. Tak, jak kropla „boskiej doskonałości”. Różnice między następującymi po sobie „awatarami” zanikają jednak w takiej interpretacji, podczas gdy pojmowanie żydowskie lub chrześcijańskie podkreśla „Boga historii”, aspekt dalszego rozwoju i szczególną rolę „Mesjasza”.
Należy tu wspomnieć, że Koran uznaje Jezusa Chrystusa w wielu miejscach jako wysłanego od Boga proroka, a także jako „słowo“ boże, „stworzonego jak Adam“. Ma on więc w dobrze pojętym islamie dużo większe znaczenie, niż u tych nowoczesnych teologów chrześcijańskich, którzy zredukowali go do postaci socjalnego reformatora! Jedynie nauka o Jezusie jako o Synu Bożym, w ramach późniejszej nauki o Trójcy świętej, rozumiana przez chrześcijan z czasów Mohameta już w bardzo ziemski sposób, nie została zaakceptowana przez Koran. Nie było wtedy już chrześcijan, którzy umieliby wyjaśnić ten punkt widzenia w sposób na tyle autentyczny, aby mogli go zrozumieć również ludzie o innym światopoglądzie. (Patrz: specjalna strona „Jezus i islam”).
Należy w tym miejscu podkreślić, że ta strona tajemnicy Chrystusa wywodzi się nie ze spekulacyjnego sposobu myślenia, lecz ze skrajnych doświadczeń wizjonerskich, co widać np. u Jakuba Boehme, który jednak dysponował rzadką umiejętnością zrozumiałego dla innych przekazu własnych doznań. Wszystkie doznania natury duchowej wymagają wprawdzie (samo-) krytycznej przeróbki, lecz ocena jej wyników nie uwzględniająca istnienia takiej płaszczyzny doznań, nie jest właściwą metodą i do niczego nie prowadzi.
Na ten temat na niemieckiej i angielskiej stronie wyciąg z Ewangelii św. Jana, początek pierwszego rozdziału.
Medytacja nad Ewangelią jest opisana we wstępie we „wskazówce metodycznej“. Użyto specjalnie tego tekstu aby nastawić się na Chrystusa tak jak nastawia się czuły odbiornik, zamiast nawiązywać kontakt z rzekomo chrześcijańskimi siłami.
Wróć do spisu treści tej strony.
Jezus z Nazaretu: jego narodziny.
Po omówieniu zagadnienia kolejności w Ewangeliach przejdźmy teraz do bardziej ludzkich wydarzeń. Narodziny Jezusa wiąże się tradycyjnie ze świętami Bożego Narodzenia, nawet jeśli w tym święcie nie wszędzie można jeszcze coś z tego zauważyć – Łk.1,26; Mt. 1,18. Należy zadać sobie pytanie, dlaczego wobec centralnego znaczenia późniejszych „trzech lat nauki” Jezusa, w dzisiejszych czasach teologowie tak wiele wysiłku wkładają w kwestionowanie niepokalanych narodzin. Podczas gdy wczesny uduchowiony gnostycyzm zakładał, że Jezus posiadał tylko „urojone ciało”, o tyle inne kierunki są zdania, że Jezus musiał przejść wszystkie fazy ludzkiej formy życia, aby dać wyraz określonej modelowej miarze. Jeśli jednak motywem miałoby być poszukiwanie prawdy, można by życzyć sobie w tej dyskusji więcej otwartości. W czasach pojawiania się nowych punktów widzenia związanych z transformacją seksu i miłości, zaczerpniętych częściowo ze wschodnich kultur i przypominających stare praktyki stosowane w świątyniach, przejęcie prawdziwego rdzenia tego przekazu nie powinno stanowić żadnych trudności.
Buddystom przypisującym Buddzie także nadzwyczajne okoliczności narodzin nie sprawiałoby żadnych trudności ani przyjęcie „niepokalanych narodzin” Jezusa, ani też dziewiczości w sensie duchowym, jak to np. można znaleźć u Steinera. Koran podobnie jak Biblia mówi o aniele „wysłanniku Boga”, który zapowiedział narodziny Jezusa z dziewicy Maryi.
Mogłoby okazać się, że pojawia się już tu charakterystyczna cecha Jezusa polegająca na tym, że nie pasuje on do żadnych tradycyjnie przyjętych schematów myślenia. Takie specyficzne właściwości można jednak lepiej zauważyć w późniejszych latach jego życia. Natkniemy się również przy tej okazji na znaczenie możliwości „ponownych narodzin” *) w życiu dzięki Chrystusowi.
Na ten temat na niemieckiej i angielskiej stronie wyciąg z Ewangelii św. Jana 3,5-8... : Ponowne narodziny.
Nie jest to przypowieść, lecz jedno z tych „trudnych do zrozumienia" miejsc w Biblii, mających absotutnie precyzyjne i bardzo szczególne znaczenie dla tych, którzy mają wystarczające doświadczenie i wiadomości aby móc je zrozumieć. Jezus nie powiedział do nikogo nic, czego nie można by pojąć i wykorzystać. W ramach rozdziałów naszego tekstu głównego, np. „Chrzest”, „Cisza na pustynii” i „Przemienienie Pańskie” i w innych, można uzyskać informacje, które mogą pomóc w zrozumieniu „ponownych narodzin”.
Również dla poszukujących nie tylko ściśle w tym kierunku dawały tę możliwość
święta Bożego Narodzenia, szczególnie w dawnych, spokojniejszych czasach. Święta „roku kościelnego”, a w tym przypadku zwłaszcza czas adwentu - stwarzają dla ogółu nastrój plastycznego uduchowienia narodzin Chrystusa, podobnie jak okres postu przygotowuje duchowo na czas Wielkanocy. W ten sposób można było dowiedzieć się czegoś w ciągu tych lat, ale niekoniecznie w pełni zrozumieć, co w dzisiejszych czasach odwracających uwagę od tych zagadnień, można jedynie przeżyć w wyniku intensywnej medytacji, bądź dłuższych faz modlitwy.Boże Narodzenie jest w szerszym znaczeniu świętem miłości przypominającym o tym, że Jezus został darowany ludzkości. Nie zmienia to jednak głębszego sensu, ponieważ wszystkie etapy w życiu Jezusa można zrozumieć. Proszę też porównać rozdział „A słowo stało się ciałem” w głównym tekście.
Wróć do spisu treści tej strony.
żna znaleźć coś ważnego w latach młodości Jezusa?
Również temu zagadnieniu przypisuje się, tym razem w niektórych nowoczesnych spirytualnych pismach, po części nieproporcjonalnie duże znaczenie. Biblia przytacza jedynie błogosławieństwo starca Symeona i zdumienie nauczycieli wobec dwunastolatka – Łk. 2,29-51. Najbardziej autentyczna z niebiblijnych „Ewangelii dzieciństwa“ – dostępna we fragmentach i Nowych Opowiadaniach (te ostatnie wydane przez wydawnictwo Lorber, w języku niemieckim) - „Ewangelia św. Jakuba”, zawiera wprawdzie szkice wydarzeń i spotkań. Nie można w niej jednak znaleźć niczego, co w myśl jednej z nowoczesnych tez potwierdzałoby, że Jezus nauczył się wszystkiego od esseńczyków lub od częściowo spokrewnionej z nimi komuny qumrańczyków, według innej teorii w egipskich lub greckich świątyniach, a według jeszcze innej w Indiach itd. Można by pokusić się o użycie w oparciu o wzkazówki kreatywnej fantazji, o ile nie prowadziłoby to do tworzenia nowych i pochopnych dogmatów. W ten sposób powstałby jedynie nikły zarys postaci Jezusa, który spotkał się w sposób intensywny nie tylko z tym czy tamtym, lecz z wszystkimi ważnymi duchowymi kierunkami tamtych czasów i rozwijał to, co musiał rozwinąć z wewnętrznej potrzeby i co nie musi zgadzać się z tym, czego według innych należy się koniecznie nauczyć. Jest to podstawowe doświadczenie, które można dokładnie zrozumieć, i które jest niektórym dobrze znane. Rozbija ono jednostronne psychologiczne wyobrażenie o „znaku” i zachowaniu. Dla wybitnych indywidualności i mistyków jest ono wręcz typowe. Może ono ujawnić się już we wczesnym dzieciństwie....
R. Steiner
przedstawia w tzw. „Piątej Ewangelii" scenę, w której dla Jezusa stało się absolutnie jasne przed chrztem w Jordanie, że w nowym świecie oderwany od świata zewnętrznego tryb pracy ezoterycznych zakonów takich jak esseńczycy, może być bezproduktywna. Ich zapał w odniesieniu do praw wraz z licznymi cielesnymi i etycznymi/duchowymi przepisami oczyszczającymi, zabezpieczał ich przed negatywnymi wpływami, ale ich otoczenie było tymi niebezpieczeństwami, w tym większym stopniu, zagrożone. Przynajmniej w późniejszym okresie życia Jezusa można odnaleźć podstawowy impuls „bycia na świecie, ale nie ze świata” i uwzględnienie świata we własnym rozwoju. Należy do tego również fakt, że Jezus naucza w końcu wszystkich tego, co przedtem podlegałoby tajemnicy, co nie przeczy temu, że niektóre nauki zostały najpierw przekazane lepiej przygotowanym uczniom.Jest to w stosunku do starych, opartych na ścisłym zachowaniu tajemnicy, tradycjach-misteriach istotnie nowy wątek historyczny. W dziwny sposób coś podobnego pojawiło się później także np. w nowych kierunkach bubbyzmu-
Mahayana, w których nagle silnie podkreśla się współczucie dla wszystkich istot. Jednak prawdziwe możliwości dostępu rzeczywiście wszystkich do spirytualnych głębi, pojawiły się dopiero w naszych czasach. Nikt nie może powiedzieć, że nic jeszcze o tym nie słyszał. Ponieważ jednak współczesna ezoteryka z dworcowego kiosku jest jeszcze bardzo powierzchowna, należy wyjść z założenia, że ta tendencja jeszcze nie jest w pełni zrealizowana. Oczywiście jest zrozumiałe, że np. zwyczaj zachowywania w tajemnicy praktykowany przez bibliotekę watykańską ma w tym kontekście raczej charakter „przedchrześcijański”.Wróć do spisu treści tej strony.
Uwaga na marginesie na temat rozważań o „dwóch chłopcach-Jezus“.
Należałoby wspomnieć tu Steinerowskie wyjaśnienie różnych danych dotyczących pochodzenia, pojawiających się u św. Mateusza i
św. Łukasza jako „dwóch chłopców-Jezus”. Ponieważ nie zaprzeczono tam temu, że boska natura Chrystusa manifestuje się w jednym tylko człowieku, jest raczej zabawne, jak intelekt antropozofów i teologów wykreował tu „główny punkt sporu numer jeden lub dwa”. Chodziło tu o coś innego, a mianowicie o pytanie towarzyszenia przyjmowaniu przez Chrystusa postaci ludzkiej oraz jego otoczeniu przez siły mędrców różnych kultur: (...). Ponieważ duchowe przedmioty badań mogą być jeszcze bardziej zróżnicowane, niż można ująć w ziemskich wyobrażeniach - konkretne dane zaczerpnięte z literatury są niekoniecznie bardziej adekwatne niż takie ogólne punkty widzenia.Wróć do spisu treści tej strony.
O chrzcie w Jordanie dokonanym przez Jana Chrzciciela.
Pierwotna forma chrztu wodą nie była ani aktem symbolicznym, ani deklaracją członkowską jakiejś wspólnoty religijnej. Zanurzenie, przez osobę doświadczoną w tym względzie, a w tym przypadku przez Jana Chrzciciela, graniczyło często z utopieniem i było tym samym prawdziwym przeżyciem z pogranicza światów. Pod tym względem była ona podobna do starożytnych „wtajemniczeń” wzgl. „prób wtajemniczających”. Jednak w tym przypadku ewentualne przeżycia psychoczne nie stanowią ani celu samego w sobie, ani też nie są metodą pokonania strachu przed śmiercią - lecz chrzest przypieczętowywał wezwanie do „pokuty”, a dokładniej tłumacząc, do „nawrócenia” do woli Boga Stwórcy, którego „królestwo niebieskie” miało się „zbliżać"- Mt. 3, J.1.
Gdy Jezus prosi o chrzest, św. Jan nie czuje się na siłach aby mu pomóc. Zgadza się on, ale nie panuje nad wydarzeniami, lecz może jedynie przyglądać się, jak w Jezusie następuje większa przemiana niż ta, w której on mógł pośredniczyć. O ile przewidział on już możliwość przeżycia wyższej formy chrztu ogniem ducha przez Tego, który idzie za nim, o tyle może teraz zobaczyć jak „Duch Boży” zstępuje na Jezusa. Chrześcijańscy ezoterycy widzieli w tym wydarzeniu właściwe „narodziny Chrystusa w osobie Jezusa”. Nie wymaga to jednak pojawiającego się niekiedy wyobrażenia Jezusa i Chrystusa jako istot, które przedtem nie miały ze sobą nic do czynienia.
Ogólnie rzecz biorąc można traktować chrzest, a w szczególności „chrzest ducha“ – pojęcie to stosuje się w różnoraki sposób np. w niezależnych kościołach – jako wstęp do „powtórnych narodzin” człowieka – J. 3. Stosowane w chrześcijańskich dążeniach bardziej popularne pojęcie „ponownych narodzin” nie będzie tu stosowane ze względu na niebezpieczeństwo mylnego interpretowania go jako reinkarnacji. Nie oznacza to oczywiście, że pojęcie reinkarnacji nie pojawia się w Biblii – należałoby w związku z tym tematem dokładniej przyjrzeć się np. Ewangelii św. Mateusza 11,14.
Zamiast prób rozstrzygnięcia teologiczno-teoretycznych sporów o charakter chrztu, można by skierować zainteresowanie raz na to, czym takie „powtórne narodziny" mogłyby w praktyce stać się dla człowieka. Może on rozpocząć na nowo całe swoje życie, odczuwać i przeanalizować je wychodząc z zupełnie innej płaszczyzny swojej istoty, a mianowicie z tej płaszczyzny, która jest zwrócona ku Bogu. Bóg może przyjąć „postać ludzką”, a człowiek może dzięki temu bardziej upodobnić się do jego „wizerunku”, bądź też jak to wyrażają mistycy – „iskra Chrystusa” w sercu wypełnia się życiem i zaczyna rosnąć w człowieku. Człowiek podchodzący do tego medytacyjnie może to zaobserwować w wizji dziecka, które prawdziwie się rozwija lub dziecka z matką jako wizji duszy. W odróżnieniu od ulotnej wewnętrznej wizji stworzonej na próbę – można tu mówić o wyższym stopniu obrazującym wewnętrzny rozwój człowieka, który można w niesamowolny sposób wyzwolić. To wewnętrzne dziecko może później „dorosnąć" i stać się jeszcze trochę później, stale świadomie obecnym.
U osób o mniejszych zdolnościach do imaginacji, ten sam fenomen może uwidocznić się bardziej w formie wewnętrznych uczuć i wrażeń natury myślowej lub po prostu przez zmiany w życiu. Dzieła sztuki jak np. „madonna sykstyńska” powstały zapewne też w oparciu o wizje i mogą być dlatego pomocne w odnalezieniu dojścia do wewnętrznych realiów. (...)
(...) Porównaj równie
ż medytacyjne obserwacje takie, jak np. te w Ewangelii św. Jana zgodnie z „metodycznymi wskazówkami” wspomnianymi we wstępie.Dalszą ważną cechę charakterystyczną dla drogi w sensie Jezusa można ujrzeć w tym, że rozwój i jego miara zostały powierzone poszczególnemu człowiekowi. Może on rozwijać się, wychodząc niejako z samego siebie, w ramach swojego własnego życia i nie korzystając z pomocy żadnej instytucji pomagającej w uzdrawianiu. Nie wyklucza to oczywiście wzajemnego braterskiego doradzania. Droga ta ma służyć jako wzorzec do „naśladowania”.
Ten „wewnętrzny“ sposób przeżywania nie miał jednakże stać się zastępstwem za modlitwę do „zewnętrznego” Boga: „Pozostańcie we mnie, a ja w was” – J.15.
Po rozpoczęciu przez Jezusa nauczania i po „chrzcie ducha” związanym z przeżyciem Pięćdziesiątnicy, nie było absolutnej konieczności aby kontynuować sam chrzest w wodzie. Już u samego Jezusa stał się on jedynie zewnętrznym znakiem nowej, dojrzałej już od wewnątrz fazy rozwoju. O ile ruch chrzcicieli nauczał jeszcze „żałujcie i dajcie się ochrzcić", o tyle uczniowie Jezusa głosili, po połączeniu z tym ruchem, „wierzcie”, tzn. otwórzcie się na siłę wiary i „dajcie się ochrzcić". Było to ustępstwo na rzecz zwolenników Chrzciciela. W każdym razie punkt wyjścia był teraz pozytywny. Obie strony chrzciły dorosłych, którzy się na to świadomie zdecydowali. Nie wyklucza to oczywiście, że dla nowrodków mogło istnieć od 2000 lat coś w rodzaju błogosławieństwa jako „prawa z urodzenia”. Jednak byłoby tu celowe rozróżnienie tego od właściwego chrztu, oraz od kwestii przynależności do jakiegoś określonego kościoła. W ten sposób dotyczące tych zagadnień spory mogłyby się same rozwiązać.
Jako nieodzowne w dawnym Izraelu nawiązanie do wszechobecnej interpretacji zapowiedzianego nadejścia Mesjasza jako króla - chrzest rozumiano również jako wkroczenie do nowego królestwa. Nie miałoby jednak większego sensu wyjaśnianie ówcześnie żyjącym ludziom, że nie chodzi tu jednak ani o żadne mocarne królestwo, ani też o organizację kościelną lecz raczej o wspólnotę tych wszystkich, którzy przyjmowali Boga za swojego ojca, a co za tym idzie, siebie samego w swojej duszy za narodzonego za sprawą tego ojca syna lub córkę. Ta pewność w połączeniu z wzajemnym braterskim stosunkiem tych „synów“ i „córek“ pomiędzy sobą oraz pomiędzy sobą samym a synem człowieczym i boskim Jezusem, jako starszym bratem - tworzyły centralny trzon nauk, które oferowano ludziom do naśladowania. W dawnym Izraelu istniały już wprawdzie obok wyobrażeń o niedostępnym Bogu, wyobrażenia Boga jako ojca, ale raczej bardziej w charakterze ojca Abrahama i pochodzącego od niego narodu. Tylko za pośrednictwem narodu Bóg był ojcem pojedyńczej jednostki. Jedynie nieliczne pojedyńcze osoby mogły wówczas dotrzeć do tego przeżycia Boga jako bezpośredniego ojca indywiduum, które to przeżycie umożliwił ogółowi dopiero Jezus. Chodzi tu o indywiduum, które na swojej drodze życiowej daje się prowadzić przez wpływ Boga na jego duszę i posiadające w każdej chwili możliwość komunikowania się z nim, a także przeczuwającego, dzięki temu związkowi z Bogiem, ponadczasowość swojej własnej istoty. Zaznaczy się to wyraźniej w dalszym przebiegu drogi Chrystusa. Jest to coraz bardziej widoczne w dalszej drodze Jezusa, ale korzenie tego można odkryć już tutaj.
(...)
Na ten temat na niemieckiej i angielskiej stronie wyciąg z Ewangelii św. Mateusza 28,18-20; z uwagami na temat chrztu w teraźniejszości.
Dzisiaj chrzci się najczęściej przez pokropienie wodą lub przez zanurzenie w
niej.
Kościoły uznają pomiędzy sobą z reguły przynajmniej chrzest i tym samym chrześcijaństwo
wiernych. Wolne kościoły przykładają wielką wagę do tego, żeby przyjmować chrzest jako dorosły
lub żeby przynajmniej odnowić go będąc już osobą dorosłą. Bardzo ważne jest tam też
dodatkowo głębokie znaczenie ochrzczenia przez Ducha św. (Pierwotnie rzeczywiście chrzczono
dorosłych, ale nie wykluczało to również udzielenia błogosławieństwa dzieciom. Owo błogosławieństwo
miało jednak inny charakter niż chrzest.) Chrztu w pierwotnym znaczeniu nie rozumiano jako przyjęcia
w poczet członków jakiegoś konkretnego wyznania tak jak to ma miejsce w dniu dzisiejszym, w
szczególności w wielkich wspólnotach kościelnych.
Kościoły uznają też w wypadku wystąpienia takiej „konieczności” fakt, że tam gdzie nie ma do dyspozycji duchownego, chrztu może udzielić każdy chrześcijanin: „ Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna (Jezusa Chrystusa) i Ducha świętego. Amen”.
Wróć do spisu treści tej strony
Na początku swojej działalności jako Chrystus*, wzgl. Mesjasz – po hebrajsku – „namaszczony” – jest on sam. Należy do tego okresu chrzest i 40 dni na pustynii – np.
Ewangelia św. Marka 1,12-13 – wraz z pokusami. Po tym czasie następuje powołanie uczniów.Pustynia jest symbolem zewnętrznego i wewnętrznego odosobnienia, które tym bardziej umożliwia uzyskanie pełniejszej świadomości i silniejsze połączenie z ogarniającym wszystko Bogiem. To przygotowanie do wszystkiego innego jest nieodzowne dla każdej poważnej drogi związanej z religią, a także dla każdego odnowionego związku z bożym podłożem, nawet jeśli nie stanowi ono całości tej drogi.
Nawet te kościoły, które mówią często o „głębi wewnętrznej“ i przeciwstawiają ją np. zewnętrznym demonstracjom pokojowym, nie zadają sobie trudu żeby pokazać ludziom rzeczywiście możliwą do praktykowania drogę do owej „głębi”. W nabożeństwach w ponad 30 różnych kościołach nigdzie nie można znaleźć w wystarczającym stopniu elementu ciszy, wewnętrznego skupionego spojrzenia na siebie samego, cichego oczekiwania po modlitwie. Śpiew, kazanie, modlitwy, śpiew, często jeszcze równocześnie z dekoncentrującym zbieraniem pieniędzy prawie bez przerwy – to prawie wizerunek ciągłego pośpiechu naszego dzisiejszego społeczeństwa, który w sposób świadomy lub nieświadomy odwraca uwagę ludzi od ich nie zbadanego wnętrza. Dopiero w ostatnim czasie, wobec poszukiwania przez ludzi – prawie obojętnie jakiego typu – doświadczeń, można tu zauważyć niewielki postęp. Oznacza to, że chociaż dla niektórych, odbywają się inaczej przeprowadzane kursy na koniec tygodnia lub podobne imprezy. Istnieją też w razie zapotrzebowania, stosowne możliwości w kółkach biblijnych albo w domu. Nawet wtedy jednak brakuje często odpowiedniego prowadzenia. A przecież jedni mogliby zauważyć, że silniejsze zbliżenie do Boga wymaga „cichej izdebki”, a inni, że ważne dla nich wartości takie, jak zdolność do samokrytyki, tolerancji i pokoju, także wymagają u swych podstaw wyłączenia się z zewnętrznej aktywności. Oczywiście nie wystarczyłoby zastosowanie się do tego w ramach nabożeństwa. Chodzi raczej o sugestię uznania tego za ukrytą często głęboko naturalną potrzebę.
Mistyk Jakub Lorber opisywał radę Chrystusa dla ludzi na temat „krótkiej drogi do powtórnych narodzin”, które w dzisiejszych czasach rozumiemy, aby uniknąć nieporozumień, jako „nowe narodziny”, co zostało już wyjaśnione w poprzednim artykule.
Patrz też: „ O wewnętrznym słowie, głosie i ciszy” („Vom inneren Wort, Stimme der Stille") z wydawnictwa Lorber (w języku niemieckim):Jogowie np. wiedzą, że ludzie sądzą, iż „nie mają czasu”. W takim przypadku polecają oni skrócenie wykonywania swoich poleceń odpowiednio od kilku godzin, przez pół godziny, aż do 11 minut, tzn. aż do momentu gdy nikt już nie może twierdzić, że brak mu czasu. Także najkrótszy moment wyciszenia - przy czym nie oddala się wtedy innych myśli, uczuć i odczuć, lecz obserwuje się je nie zajmując się nimi – odnosi swój skutek, szczególnie jeśli łączy się to z ukierunkowaniem na Boga. Nie zastępuje on jednak dłuższego wyciszenia. W kościele wschodnim – np. na górze Athos – stosuje się jako pomoc w koncentracji „Kyrie (wdech) eleison (wydech), tzn. Panie zmiłuj się”, patrz: np.
Kreichauf: „Jako pielgrzym na górze Athos" („Als Pilger auf dem Berg Athos") (w języku niemieckim).Poważnym wyzwaniem jest też np. zachowanie ciągle milczenia podczas trwania ścisłej ok. sześciodniowej medytacji Zen na siedząco (Zen-Sesshin), rozpowszechnionej również częściowo w klasztorach chrześcijańskich. Również poza okresami medytacji np. podczas posiłków itp. Po około trzech dniach, wielu niedoświadczonych w tym względzie nie może tego wytrzymać, aby w czwartym dniu, co można porównać z działaniem głodówki, odetchnąć i zrozumieć korzyści, których nie można w wystarczający sposób opisać słowami.
Cisza prowadzi do otwarcia się. Zwrócenie się do Boga stanowi w tym przypadku ochronę tej otwartości.Po medytacji konieczne jest ponowne przestawienie się na inne warunki, w których ewentualnie korzystniej jest być mniej otwartym.
Byłoby jednak ważne, żeby także do życia codziennego wnieść trochę więcej ciszy, aby nauczyć się osiągać coraz mocniejsze wyczucie swojej świadomości. Dla poszczególnych osób oznaczałoby to umiejętność przywracania sobie wprowadzającego ład i łagodzącego doświadczenia spokoju, w odstępach związanych z emocjami lub po skomplikowanych przeżyciach, bądź też kiedy tylko byłoby to po nich możliwe. Chodzi tu o wchłonięcie treści, ale nie zastanawianie się nad nią w pierwszym momencie oraz o odprężenie części ciała w określonej kolejności – wszystko to jednak miałoby odbywać się przy zachowaniu pełnej świadomości człowieka jako całości, a nie w sensie skupienia się na uczuciu zadowolenia i błogości.
Ten sam punkt widzenia oznaczałby dla spotkań, pracy, obrad itp. - rezygnację z męczącego ciągłego przechodzenia od jednego tematu bezpośrednio do następnego, na rzecz włączania chociaż krótkich przerw, które nie służyłyby jednak jedynie odprężającym rozmowom itp., lecz przede wszystkim temu, żeby o ile to możliwe i potrzebne, rozważyć i przeanalizować wydarzenia oraz zyskać w każdym razie umiejętność świadomej umiejętności przestawiania się na inny temat. Podobnie jak w dziedzinie żywienia poleca się świadome spożywanie poszczególnych potraw. Można zresztą znaleźć wiele punktów stycznych pomiędzy zasadami z dziedziny dietetyki i duchowym „odżywianiem”.
Proces, który można nazwać „uspokajaniem-się-po-przeżyciach“ i który umożliwia odzyskiwanie siły w teraźniejszości i na przyszłość nie jest więc żadną płytką ucieczką od problemów.
Stwarza on bowiem punkt wyjścia umożliwiający dopiero owocne przetwarzanie wszystkiego. Także wobec problemów świata zewnętrznego nie traci się dzięki temu czasu, lecz raczej się ten czas oszczędza, ponieważ proces ten sprawia, że wszystko idzie szybciej i łatwiej. Nawet wiele duchowo myślących osób nie zauważyło do tej pory, co tracą nie starając się o ów wewnętrzny spokój.Już samo to najprostsze duchowe doświadczenie jakim jest cisza, kryje w sobie w gruncie rzeczy tajemnice najwyższych duchowych szczytów. Szczyt ten zakłada jednak, że prowadzi do niego droga. Właśnie Chrystus podkreśla najpierw prostotę istoty ludzkiej, którą trzeba w pierwszej kolejności odsłonić aby doprowadzić ją później ku coraz dalszym i bardziej skomplikowanym horyzontom. Jednak w tej zawiłości znów ukazuje się owa leżąca u podstaw prostota.
Np. w skoncentrowanej ciszy, właśnie wypracowany lub osiągnięty, wewnętrzny postęp może się bardziej umocnić w sensie umiejętności, która nie może być „zjedzona przez mole", patrz: Ewangelia św. Mateusza 4. Może ona wkomponować się w mozaikę innych postępów osiągniętych w ramach bytu. Cisza może iść tak daleko, że „życie” elementów danych nam na podobieństwo boże, może być odczuwalne. Jest to sposób aby przeżyć w nas „ponowne narodziny z Boga".
Odrobinę tej możliwości mamy, gdy w trakcie tego wyżej omawianego spokoju nasza głowa staje się bardziej wolna, być może w połączeniu ze zrozumieniem,a siła naszego serca bardziej uchwytna i stopy bardziej odprężone. Wtedy coś jest „załatwione”, obojętnie o jaki najdrobniejszy aspekt naszego życia nam chodzi. Bez tego nic nie jest „załatwione”, ważne rzeczy nie są przerobione i „tkwią”, co może nie tylko prowadzić do problemów ze snem, w którym możemy zajmować się nimi tylko w ograniczonym zakresie, lecz również do problemów natury zdrowotnej i innej.* Chrystus to właściwie tytuł. We wczesnym chrześcijaństwie stosowano różne pisownie słowa“Chrystus“, które prezentowały jednocześnie różne warianty interpretacji jego znaczenia. Najbardziej znana jest grecka wersja "Christos", która odpowiada hebrajskiemu oznaczeniu "Messias" = "Namaszczony" . Istniał jednak też grecki "Chrestos" = Dobry, Święty; a rzadziej również, "Chrystos", od greckiego "chrysos" = złoty (lśniący).
Wróć do spisu treści tej strony.
Również sam Jezus musiał uczyć się w ramach swoich ludzkich właściwości i ukierunkowywać je coraz silniej na Boga. Po 40 dniach na pustynii pojawił się „diabeł“ – np.
Mt. 4, 1-11.Także w mniejszej skali pojawiają się siły negatywne, które – jak wszystkie siły – mogą ujawniać się w jakiejś postaci w naszym wnętrzu lub w życiu. Po pierwsze należy tu wymienić pozostałe i usamodzielnione tendencje w samym człowieku, bez udziału integrującego serca, a co za tym idzie, Boga. Do tego usamodzielnienia się, w pierwszej kolejności myślenia, a w dalszej także woli, odnosi się „ jedzenie z drzewa poznania”.
Z jednej strony są to cechy znieczulające i związane z presją materialną. Jeśli są one głęboko zakorzenione w podświadomości, wówczas można się im co prawda przeciwstawić i rozpoznać ich istotę, ale zwalczyć je dogłębnie jest bardzo trudno. Świadoma umiejętność rezygnacji i możliwość posiadania zamiast jego przymusu, a także twórczy, etyczny stosunek do nich, jest jednocześnie treningiem w celu przezwyciężania tych sił.
Natomiast odwrotne życzenia prowadzą do ucieczki i obojętnego, szyderczego odcięcia się od problemów materialnych oraz ewentualnie ucieczki w sferę duchową. Czasami można przeoczyć, że jest to druga strona tego samego „negatywnego” medalu powiązana w myśl „zasady wahadła” z drugą stroną. Ta druga sfera jest dziś już bardziej widoczna i łatwiejsza do naprawienia. Środkami wspierającymi tę zmianę są współczucie i dający poczucie wolności dar miłości.
Jedną z właściwości, którą można znaleźć w związku z obydwoma, jest żądza władzy. Przeobrażenie tej iluzji wymaga odwagi do bezwarunkowej prawdomówności i opartej na niej tolerancji oraz wolnej solidarności w obcowaniu z innymi.
Ogólnie rzecz biorąc brakuje we szystkich tych sferach silnej i jednocześnie altruistycznej indywidualności osób zainteresowanych, która mogłaby wypełnić te sfery w miejsce negatywnie ukierunkowanych tendencji.
W Ewangelii św. Mateusza Jezus poddawany jest tym odwracającym uwagę impulsom, zwanym w tym miejscu „szatanem” wzgl. „diabłem”. Nie odsyła on po prostu do danego przeciwieństwa, lecz odsyła do czegoś wyższego, co stoi ponad negatywnymi siłami: do „słowa Bożego”, do „Pana Boga” i do „Pana Boga, jedynego do którego należy się modlić i któremu należy służyć". Chrystus stoi ponad dualizmem ciemno
ści i światła i przezwycięża je poprzez swoją trzecią, nadrzędną drogę, co widać też w wielu innych wydarzeniach.(...) Patrz te
ż: 4 część rozdziału "Ζαρατούστρα", np. 2 część tablicy „postawa chrześcijańska...“).R.Steiner opisał dwie główne siły negatywne jako odrębne duchy, takie jakie można przeżyć w świecie duchowej kontemplacji. Jak już wspomniano, jest wprawdzie wskazane aby zwrócić uwagę na obydwa sposoby działania, ale poza granicami duchowej kontemplacji nie jest zupełnie uzasadnione, jeśli antropozofowie negatywnie osądzają te chrześcijańskie wyobrażenia o jednej negatywnej istocie, że skupiają one w sobie obie strony. Tendencje występują często w tak przemieszanej formie, że w końcu tendencje „antyboskie” można traktować jako całość, której przeciwstawić można nie kilku bogów, lecz Boga Chrystusa wraz z wszystkim, co działa po jego myśli.
Istnieją jednak inne duchowe kierunki, które rzeczywiście przymykają oko w związku z tym i uważają za boskie wszystko, co podąża w kierunku duchowych wyżyn.
Postępowi teologowie ewangeliccy natomiast, podobnie jak niektóre inne duchowe prądy,
przymykają od razu dwoje oczu i negują wyobrażenie o negatywnych istotach, uzasadniając to tym,
że pojawiają się one rzadko i tylko w niektórych miejscach Biblii. Nie uwzględniają oni
jednak, że nie chodzi tu o żadne wyobrażenia, lecz o konkretne doświadczenia, które miały
miejsce nie tylko w starożytności.
Update
English / Deutsch.
Bez strachu i innych negatywnych uczuć, siły negatywne nie mają bezpośredniej mocy. W tym sensie jest to może mechanizm obronny aby „nie wywoływać wilka z lasu" – również w obliczu straszenia ze strony kościoła. Percepcja duchowa mogłaby dziś wykazać, że
rzekomy przyrost negatywnych cykli jest w rzeczywistości niedawno wzburzonym, ale już od dawna istniejącym i do tej pory pozostającym w ukryciu potencjałem. Natomiast naprawdę pozytywne zdolności mogą rzeczywiście wzrosnąć chociaż wywodzą się one od prawzoru, który już egzystuje.Takie osobiste „czułe punkty“ stanowią jednak czasami płaszczyznę reflektującą pokrewne siły zewnętrzne. Ślady tego można odnaleźć we wszystkich społeczeństwach: z jednej strony na zachodzie przykładowo w sytuacjach, w których pieniądze i egoizm stanowią wartości nadrzędne, a w szczególności w przestarzałej jednostronnej formie pozbawionej zabezpieczenia socjalnego, w jednostronności nacjonalizmu i faszyzmu - zwłaszcza wobec ich arogancji i obojętności w stosunku do reszty świata - oraz w niszczących praktykach „religijnych” , a z drugiej strony w skrajnościach stalinizmu – np. jego brutalnemu wyrównywaniu. Nie oznacza to jednak globalnego potępienia wszystkiego i każdego w takich społeczeństwach.
Jezus nie naucza tak bardzo bezpośredniego „wstrętu wobec zła“. Nie twierdzi on jednak z drugiej strony, że istnieje konieczność istnienia zła ani jako „przeciwwagi” (jak zakładają nauki wschodnie), ani też aby móc w przeciwieństwie do tego zła – lepiej rozpoznać bożą dobroć. Nie dla wszystkich jest wręcz potrzebne, a tylko czasami niezbędne - bezpośrednie zajmowanie się tym „negatywnym” aspektem. Przynajmniej dla niektórych ta droga polecana przez
Mary Baker-Eddy w „Nauce chrześcijańskiej” ( „Christliche Wissenschaft"), może dobrze funkcjonować. Nie dowodzi to jednak w żadnym wypadku, że te przeciwstawne siły nie egzystują lecz jedynie, że można je w taki sposób pośrednio przekształcić. U Chrystusa nie ma też wiecznego potępienia, a wszystkie destruktywne siły można w lońcu przeobrazić, aż do ostatniego rozdziału Objawienia św. Jana, w której zwiastuje, że ciemności już nie będzie (patrz: odpowiedni rozdział).Po tym czasie na pustynii następiło
powołanie uczniów – Ewangelia św. Jana 1, Ewangelia św. Mateusza 4, 18-22 i 10.Wróć do spisu treści tej strony.
Tu – Ewangelia
św. Jana 2, 1-12 – napotykamy przykład na to, jak pojawiają się problemy i to nie tyle z powodu niewłaściwych tłumaczeń lub „korekt” Ewangelii, które zlecił kościół, ale raczej po prostu dzięki jednostronnie emocjonalnym i zabarwionym patriarchalnie interpretacjom. To, że Jezus powiedział do Maryji „ Czego chcesz ode mnie niewiasto?” było później traktowane jako zwrot negatywny. Kto jednak wczuje się w tekst i widzi później, że Jezus robi wszystko co chciała Maryja, może łatwo dojść do wniosku, że to zdanie zawiera raczej element podziwu, który można by wyraźniej ująć w taki oto sposób: „ Kobieto, czegóż z tobą nie uczynię!”. Nie podawany pierwotny zwrot pochodzący z bardzo prostego niekiedy języka aramejskiego, może wychodząc z języka greckiego oznaczać: „Niewiasto, ja z tobą!”. Jak widać, bez wczucia się w kontekst, nawet jeszcze w czasach Jezusa nie zawsze można było właściwie rozpoznać dokładny sens.Od tego miejsca aż po krzyż widać ten niekiedy twórczy związek przeżyć pomiędzy Jezusem i Maryją. Działa ona inspirująco, towarzyszy mu w przeżywaniu ważnych stacji jego życia i ulega w ten sposób także duchowej transformacji.
O ile w czasach nowożytnych pojęcie „oblubienica Chrystusa“ dla sióstr zakonnych przyjmuje się tylko w znaczeniu zewnętrznym, o tyle wskazywał on pierwotnie realny sposób przeżyć.
„Posta
ć" Chrystusa w człowieku, o której wspomniano już w rozdziale o chrzcie w Jordanie, zlewa się z męskim aspektem duszy (Animus). Może on wejść w „wewnętrzny związek małżeński” z naszymi „żeńskimi” zakątkami duszy w aspekcie boskim. Może to też odbywać się w sferze alchemicznych przemian w stosunku do żywotności i ciała. Obraz Maryji mógłby w podobny sposób wejść w kontakt z żeńskim aspektem duszy (Anima).Dla mężczyzn nasuwała się niekiedy też ta droga poprzez Maryję, wzgl. przez Maryje*. Obie płci mogą jednak wybrać drogę poprzez Jezusa, Maryję lub przez oboje, bo od duszy po hormony, nie ma żadnego człowieka, który teraz i na zawsze musi kierować się schematem reakcji charakterystycznych dla swojej własnej płci. Są jednak ludzie, dla który lepszy jest wybór jednej lub drugiej drogi. Na koniec jednakże pojawi się wewnętrzna całość (spójność). W kościele katolickim istniała, dziś już prawie zapomniana praktyka adoracji Serca Jezusa i „niepokalanego Serca Maryji". Ten rozwój wewnętrzny nie troszczy się o to, czy np. autor tego rozdziału jest nie-katolikiem, a co za tym idzie niewiele wie na temat Maryji, ale za to nie nabawił się uprzedzeń tak jak wiele osób, które praktykują ten zorientowany na zewnątrz kult maryjny.
Dopiero ten, kto idzie taką przeobrażającą drogą , mógłby bez wypierania się iść drogą sam. Ale nawet wtedy nie musi to być dla niego / dla niej droga samotna. To właśnie z perspektywy większej wewnętrznej wolności związek z inną płcią byłby możliwy, bądź nawet możliwy w doskonalszej formie.
W tym kontekście należy zintegrować w swojej osobowości także te fragmenty duszy, które otrzymuje się od ojca i matki
Elementy z dziedziny psychologii głębi można jak najbardziej połączyć z religijnym przeżywaniem. W inny sposób próbuje to zrobić Eugen Drewermann. Podstawowe doświadczenia religijne musiałyby jednak, przy dokładniejszej obserwacji, ukazać się na osobnej płaszczyźnie, z której to płaszczyzny oddziaływują one na procesy psychologii głębi. Istnieją dziś tendencje traktowania
poszukiwań religijnych jako właściwy w gruncie rzeczy wszystkim ludziom – „całościowy, wykraczający poza granice popęd życiowy mający na celu poszukiwanie sensu”, patrz: Hubertus Mynarek: „Możliwości i granice wolności” („Möglichkeit oder Grenze der Freiheit"), 1977. Trzeba jednak rozróżnić nieuformowany w swojej istocie duchowy impuls od impulsu religijnego w ściślejszym znaczeniu Re-ligio, nowego lub ponownego połączenia człowieka z bożym podłożem pierwotnym, „Ojcem”, co dla świadomie wierzących chrześcijan jest możliwe poprzez połączenie z Chrystusem.Boga, jako największą tajemnicę świata, można z pewnością w mniejszym stopniu zgłębić przez ograniczenie się do jednej gałęzi nauki, sposobu przeżycia lub traktując go jako pojedyńczy fenomen, bo mogłoby to w najlepszym razie wyjaśnić tylko jedną ze stron tego zagadnienia. Należałoby raczej spróbować uznać kilka aspektów i przeanalizować je jako całość. Do tej pory miało to miejsce jedynie w bardzo małym stopniu. Jeśli wspomniany wyżej proces alchemiczny i dzięki temu m.in. także współużytkowanie lewej i prawej półkuli mózgowej (co jest w dzisiejszych czasach przedmiotem poszukiwań prowadzonych przy zastosowaniu wielu różnorodnych metod) , które chrześcijanie przechodzą na swój sposób stosując rezultat „ twórczego przekonania w miłości” – wtedy boje toczone między teologami należałyby wkrótce do przeszłości. Podobnie jak możliwa byłaby wtedy specjalizacja w różnych aspektach, która byłaby za taką uznana i nie roszczono by już prawa do wyłącznej racji. Doszło by wreszcie do rzeczywistej wymiany pomiędzy ludźmi.
Kto wtedy mógłby odczuwać w sensie uniwersalnej zasady „mi
łuj bliźniego swego jak siebie samego“, mógłby z czasem więcej osiągnąć już jedynie dzięki temu. Kto stara się jednocześnie o tę miłość do samego siebie i do bliźniego może jednak zauważyć, że właśnie tego trzeba się najpierw nauczyć. Wewnętrzne „ doskonalenie się” może ze swej strony ułatwiać tę miłość. Pytaniem o „cuda", które można zadać sobie w związku z weselem w Kanie Galilejskiej, zajmiemy się jeszcze dokładniej w specjalnym rozdziale. Patrz: żeńskie aspekty boskie Marii-Zofii w późniejszym rozdziale „Pierwsze wydarzenie Pięćdziesiątnicy”.* Podczas, gdy Maria, Matka
Jezusa jest uznawana jako matka duchowa tych, którzy chcą uznać jej
przewodnictwo, Maria Magdalena jest, dla tych, którzy ją czczą, bardziej związana
z życiem ziemskim.
Maria Magdalena (Maria z Magdalii) była Kobietą, która chodziła za Jezusem.
Wielu uważa na podstawie tradycji, że była ona prostytutką, która zmieniła
swoje życie przez Jezusa. Lecz Jezus powiedział: „Ona wiele umiłowała“.
Niekoniecznie oznacza to sex, lecz – przynamniej także – zdolność do
kochania (szeroko pojętego) ludzi, współodczuwania z nimi i bycie dla nich
dobrym. Ona kochała Jezusa, to znaczy, darzyła go szacunkiem jako człowieka i
podziwiała jako duchowego przywódcę. Zgodnie z literaturą mistyczną (Jakub
Lober) oczyszczała ona swoje uczucia do Jezusa coraz bardziej w kierunku miłości
duchowej. Taka była miłość, jej droga - coraz bardziej zrozumieć Jezusa i
Boga. (Być może podobnie jak Klara, kobieta, która kochała mnicha Franciszka
z Asyżu/św. Franciszka ur. ok. 1100r. – który ją najpierw odesłał, a później
przyjął, kiedy jej miłość stała się czystą miłością duchową. (Jest o
tym interesujący film po niemiecku i angielsku oraz polsku)
Jest specjalna tradycja, która odnosi się do Marii Magdaleny: Legenda „ O Świętym
gralu” Józef z Arymateii i Maria Magdalena i inni uczniowie Jezusa zanieśli
gral – pierwotnie była to miseczka, w której została przechowana krew
Jezusa – do południowej Francji lub do Anglii. Niektóre cuda zostały
przypisane do tego grala. (Gral jest także symbolem boskiej miłości).
Są także jeszcze nowe spekulacje odnośnie Marii Magdaleniy. Np. pomysł, że
miła ona dziecko z Jezusem, które miało dać początek wczesnej europejskiej
dynastii królewskiej (Merowingów) Nikt nie może potwierdzić Państwu takich
spekulacji z nowoczesnych, sensacyjnie napisanych książek.
Wróć do spisu treści tej strony.
Poglądy na temat seksualizmu, sympatii, zrozumienia i miłości.
Rozwój kościelnych poglądów na temat seksualizmu oraz przeciwnych im pozycji wewnętrz- i pozakościelnych sprawia wrażenie , że ludziom jest szczególnie ciężko w tym względzie w ogóle zorientować się, jak należałoby zgodnie z ludzką naturą lub z „chrześcijaństwem” postępować w tym względzie. Moralne zakazy z zewnątrz straciły już w latach sześćdziesiątych większą część swojej siły oddziaływania. Kościoły też nie były w stanie wyłonić z tradycji sensownego etycznie rdzenia, który można by zastosować w stosunku do naszego dzisiejszego społeczeństwa. Powstała z buntu przeciwko stłumionemu seksualizmowi „rewolucja seksualna” doprowadziła do kolejnego ekstremum w postaci nowej ideologii opartej o przymus seksualny, marnowanie energii życiowej i nie uwzględnianie tęsknoty do duchowo i mentalnie odpowiedzialnych związków, czego wynikiem mogą stać się ciągłe załamania aż po niezdolność do pracy. Dlatego w latach osiemdziesiątych pozostało w wyniku tego sposobu myślenia jedynie poczucie rezygnacji i także w tym przypadku nie udało się zachować, chociaż w części, sensownego centralnego motywu rozwiązań spoza tych skrajnych modeli. Może trzeba by doszukiwać się przyczyn takiego stanu rzeczy w „sposobie myślenia opartym na posiadaniu”. W oparciu o te trwające stulecia walki można wysnuć wniosek, że zarówno odpowiedzialności jak i wolności, szczególnie odnośnie każdego rodzaju związków pomiędzy mężczyznami i kobietami, nie można realizować lub harmonijnie łączyć pomiędzy sobą w oderwaniu od całościowo rozumianego rozwoju ludzi. Niektóre nieliczne związki partnerskie np.te , w których to się chyba istotnie udało, są dowodem na to, że można jednak zrealizować takie założenia.
Chrystus przemawia w każdym razie do istoty człowieka i jego możliwości rozwoju do stadium całości, doskonałości, co jest jedyną podstawą rzeczywistej wolności.
Nie rozprawia on na temat dalszego rozpadu i tak już silnie naruszonych fragmentów ludzkiej osobowości, a więc też nie na temat ekstatycznego wyżywania się we wszystkim, lecz raczej o ponownej integracji wokół „mądrości serca".Nie jest on jednakże zwolennikiem “przymusu okoliczności”, zewnętrznych form i ich przeceniania, bądź wręcz nadużywania takich pojęć jak odpowiedzialność, wierność i szczerość jako otoczki dla zawiści, zazdrości i chęci posiadania. Chodzi mu o ducha, który jest podstawą dalszych działań.
Także w małżeństwie nie to jest automatycznie najlepsze, co poza nim uchodzi za niekorzystne.Kochać Boga i bliźniego jak siebie samego, a więc siebie samego również. Ta reguła, którą Chrystus zastąpił logikę zakazów Starego Testamentu, opisuje najpierw postawę uniwesalną, która przenika i łączy te wszystkie trzy elementy. W tym kontekście miłość bliźniego jest czymś innym niż tylko troska o krewnych itd., chociaż może, rzecz jasna, w oczywisty sposób dotyczyć również krewnych. W związku z tą rolą człowieka polegającą na opartej na udzielaniu miłości pomocy tam, gdzie jest ona potrzebna - także miłość siebie samego nie jest egoistyczna lecz odnosi się ona po prostu do własnej osoby łącznie z ciałem jako narzędziem, dzięki któremu można służyć innym lub Bogu.
Najwyższa forma miłości jest bezwarunkowa. Proszę porównać nawet miłość do „wrogów", Ewangelia
św. Mateusza 5, 43-48, co nie znaczy, że należy zrezygnować z mądrości.W tym kontekście jest oczywiste, że np. spotykane niekiedy tezy traktujące po prostu seksualizm na równi z miłością lub próbujące postawić znak równości pomiędzy miłością własną a zaspokajaniem swoich potrzeb i fantazji, nie ma absolutnie nic wspólnego z założeniami Chrystusa. To, co ukazuje raczej wewnętrzną izolację poszczególnych sił i umieszcza wizje między ludźmi a innymi realnymi osobami - jest po prostu jedną z wielu niedoskonałości człowieka, z których można się wprawdzie czegoś nauczyć, ale które jednak nie nie mogą stać się celem samym w sobie.
Dzisiejsi Europejczycy mogą przeżyć coś z dziedziny przeobrażeń seksualizmu zwłaszcza wtedy, gdy dwoje ludzi nawiązuje najpierw duchowy i mentalny kontakt podczas wspólnych przedsięwzięć, a później uczy się obchodzić z przejawami antypatii lub sympatii. Te przejawy należy, chociaż z pewnością nie jako jedyny aspekt, uwzględnić w poszukiwaniach sensownych kontaktów ze światem zewnętrznym. Kontakty na płaszczyźnie cielesnej można by rozwinąć dopiero w następnej kolejności. Nie należą one automatycznie do każdego spotkania lub przyjaźni. Siły serca mogą wtedy pociągnąć za sobą energię seksualną, której nie trzeba w wybuchowy sposób natychmiast zaspokoić, jak to w dzisiejszych czasach, w oparciu o podłoże kulturowe, często się odbywa. Czułe nastawienie jest tu konieczne.
W wielu duchowych tradycjach nauczano, by zamiast ciągłego wyżywania seksualizmu – doprowadzić do tegoż transformacji umożliwiającej więcej niż jedynie jego freudowską „sublimację”. (...). Słabą stroną starszych wschodnich orientacji było m.in. to, że zaczynały one od seksualizmu, zamiast pozwolić ludziom spotykać się przez cały czas, co mogłoby oszczędzić dzisiaj różnych technik, bądź też, jak to przynajmniej w dzisiejszych czasach byłoby bardziej na miejscu, „zacząć od góry", a więc najpierw poznać się na płaszczyźnie duchowej i mentalnej. Słuszne jest z pewnością założenie wschodnich orientacji, że związek nie oparty wyłącznie na dążeniu do męskiego lub żeńskiego orgazmu, może doprowadzić do harmonijnego współistnienia tej dziedziny życia, zgodnie z istotą ludzką jako całością. Również w chrześcijaństwie pojawiały się już podobne założenia, które jednak tymczasem uległy zapomnieniu i dlatego muszą być na nowo wypracowane. Wiedzę na ten temat można np. odkryć w spuściźnie minezingerów i trubadurów.
To stare założenie, które Jezus aprobuje aż po negatywne interpretowanie pożądliwego spojrzenia np. na partnerkę innego, nie musi jednak wykluczać tych wyższych przesłanek leżących u podstaw radosnego spotkania dwojga obcych sobie ludzi – które częściej niż się to zakłada, ma w tym swój udział, co nie zawsze prawidłowo pojmują nawet sami zainteresowani: „Jeśli dwóch lub trzech spotyka się w moim imieniu, ja też jestem wśród nich” (lub w innym, także właściwym tłumaczeniu - „w nich”). Nie wymaga to wcale spotkania w ramach zgromadzenia kościelnego, a także żadnego specjalnego przygotowania, lecz może mieć miejsce wszędzie, gdzie „Duch Boży” doprowadza, obojętnie w jakim celu, do spotkania dwojga ludzi. Podchwycić to tam, gdzie dochodzi do spotkania mężczyzny z kobietą oraz wtedy gdy odczuwają oni do siebie wzajemnie sympatię, a do tego jeszcze zachować pełną świadomość stanowiącą punkt wyjścia – to musi być bardzo trudne, ale jest absolutną światową koniecznością. Przy tym nie musi tu chodzić ani o więzi, ani o seksualizm lecz o to, by zainteresowani mogli sami szczerze dowiedzieć się o co chodzi.
Już ziemskie życie Jezusa ukazuje jak bardzo jest on niekonwencjonalny. Mogłoby okazać się, że konwencje są niezbędnie konieczne tylko dopóty „nie jest on pomiędzy nimi”.
Koniecznym i dającym się samo z siebie korygować warunkiem odpowiedniego spotkania pomiędzy ludźmi, jest z natury analiza własnej indywidualności łącznie z „aurą” czyli oddziaływaniem. Nawet jako para pozostaną oni wtedy indywidualnościami, a zupełna rezygnacja z tej indywidualności na rzecz pary nie jest w żadnym razie celem Chrystusa.
Wróć do spisu treści tej strony.
Święta żarliwość" (i poglądy na temat uczuć).
W Ewangelii
św. Jana 2, 13-25 po weselu w Kanie Galilejskiej opisano „oczyszczenie świątynii”. Jezus wypędza z wielkim zapałem handlarzy i bankierów przy użyciu bicza ze świątynii. Chce on w ten sposób wyraźnie zwrócić się przeciwko obłudnikom tego świata, którzy nazywają wprawdzie świątynię domem bożym, ale nawet tam nie myślą o niczym innym niż po prostu o targowaniu się. Ponieważ stosunki są takie, że nie może on oczekiwać niczego od funkcjonariuszy miejskich i duchownych, sam osobiście używa siły jako jedyny, który „ w domu swego Ojca” czuje się odpowiedzialny. Jest to akcja oporu socjalnego bez ranienia ludzi. „Być bardziej posłusznym Bogu niż ludziom” – oto także i w innych sytuacjach – jego, w żadnym przypadku nie uniżona, postawa. Także tam, gdzie mówi „dajcie cesarzowi co cesarskie” ( a Bogu co boskie), nie można odczytać postawy uniżonej, co często próbowano robić, lecz raczej dążenie do zaoszczędzenia uczniom utarczek z nieodpowiednimi siłami społecznymi. Zarówno religia, jak i polityka mają swoje odrębne granice. Służyć ludziom i „chcieć tego, co najlepsze dla miasta" nie jest również postawą uniżoną.W tym kontekście można by zadać sobie pytanie o sposób radzenia sobie ludzi z porywami emocjonalnymi. Bo przecież nie każdy i nie każda potrafi utrzymać swoje emocje na wodzy na tak wysokim poziomie jak Jezus, który stale żył „w pozytywnie pojętej bojaźni przed Bogiem” oraz ze współczuciem dla ludzi i którego zapał wspierał się wyłącznie na świadomej dobrej woli. U normalnych ludzi wszystkie emocje są przynajmniej na początku, przemieszane z podświadomymi mechanizmami bodźca i reakcji – które to biograficznie uwidaczniają się w różny sposób i w różnym stopniu, ale u podstaw swojej struktury są bardzo podobne. Samodzielne wyłowienie wielu z takich mechanizmów na podstawie własnych reakcji, a nie w oparciu o prognozy innych oraz spojrzenie na nie i w ostateczności samodzielne poradzenie sobie z nimi dzięki takiemu sposobowi postępowania – to długi proces nauki.
Chociaż mamy tu do czynienia z psychiką, nie są tu szczególnie wskazane dla osób poszukujących Boga i prawdy, zwykłe metody oparte na psychologicznej analizie lub terapii:
Tam, gdzie w podświadomości znaleźć można owe jednostronne wzory interpretacji, które redukują problemy psychiczne do seksualizmu i przeżyć z okresu wczesnego dzieciństwa i gdzie „przyczyny” słabości stają się ich „usprawiedliwieniem” pozostania takim właśnie jakim się jest, zamiast tak jak to czynił Erich Fromm podkreślając potencjał rozwoju istoty ludzkiej, tam wszędze psychologia jest raczej hamulcem w drodze rozwoju duchowego. Tam, gdzie psychologia, a więc „nauka o duszy” stymuluje spojrzenie na procesy duchowe i tam, gdzie pod pojęciem duszy (chociaż bardzo rzadko się to zdarza) rozumie się więcej niż chemiczno-elektryczne procesy zachodzące w mózgu, tam jej studiowanie mogłoby stać się bardzo przydatnym narzędziem pomocniczym. Mogłaby się ona dalece bardziej rozwinąć, jeśli byłaby gotowa przeanalizować wiadomości lub tezy alternatywnych kierunków psychologicznych. Niewiele to daje, jeśli w zwykły sposób chce się przerobić całe zespoły problemów od razu w całości. Byłoby skuteczniejsze odszukanie w takim zespole poszczególnych części składowych i świadome rozróżnianie przy tej okazji czy chodzo o „belkę we własnym oku”, czy o „źdźbło trawy w oku innego” i kto tak naprawdę ponosi odpowiedzialność. Niektóre szkoły chrześcijańskie bardziej podreślają to pierwsze, ponieważ trudniej jest i w ogóle trzeba się tego najpierw nauczyć, by spojrzeć na własne problematyczne czyny i ponieważ takie czyny naprawiają się raczej same; kościelna spowiedź ma więc w tym względzie oprócz aspektu duchowego również znaczenie terapeutyczne. W praktyce psychologicznej ta inna perspektywa, z punku widzenia ofiary, wysuwa się raczej na pierwszy plan. Na koniec stanie się jednak widoczne, że obie te strony w mniejszym lub większym stopniu brały w tym udział. Np. wschodnie nauki podkreślają związek obu w życiu jako źródło „karmy” / losu.
Tam, gdzie chodzi o likwidację skutków trudnego przebiegu dnia, mogłaby być pomocna metoda odkryta przez R. Steinera, polegająca na retrospektywnym spojrzeniu na dzień poczynając od wieczora wstecz aż do rana. Potem jest dużo łatwiej wrócić znów do teraźniejszości.
Można też stworzyć sobie rodzaj „odbicia duszy" notując cechy, które należałoby poprawić i osiągnąć i częste przeglądanie tych notatek. Jest to praktyka stosowana często w dziedzinie mistyki.
Postępy w dziedzinie duchowej powodują, że również np. dialog z wieloma innymi ludźmi może ulec poprawie. Wiele uprzedzeń i pochopnych opinii można by zarzucić w stopniu, w jakim człowiek stałby się lepiej zrozumiały dla siebie samego i gdyby potrafił odrzucić obciążający go balast. Wielkie znaczenie, jakie Jezus przypisuje „nie-osądzaniu” i temu „co wychodzi z ust”, nie jest moralnym wymaganiem niemożliwym do spełnienia, lecz wezwaniem do rozpoczęcia tego procesu nauki. (To wymaga często, by zamiast się kłócić, wyciszyć się i rozmówić się później ze sobą w spokoju. Patrz również rozdział „ Cisza na pustyni").
W związku z tym istnieją w Europie możliwości szkolenia, które mogą włączyć takie elementy jak znane z Jogi centra nerwowe lub centra świadomości (chakry), stosując inne nazewnictwo (antropozofia, uniwersalne życie i.in.). Tego typu starania nie są automatycznie „niechrześcijańskie” tak, jak to przypuszcza się ze strony kościoła, a tego rodzaju centra w człowieku były już znane chrześcijańskim teozofom średniowiecznym (
J.G.Gichtel) i można je już obecnie rozpoznać jako istniejące w człowieku struktury energii. Podobnie, jak znajomość znanych w szczególności w Chinach, punktów akupunktury nie jest automatycznie „taoistyczna”, ponieważ w międzyczasie można udowodnić ich istnienie przy pomocy przyrządów pomiarowych, a ostatnio również przy pomocy badań histologicznych tkanki.W związku z tym tematem proszę zapoznać się ze specjalną stroną „Podstawy wartości etycznych“: Do trzeciej części.
Wróć do spisu treści tej strony.
O kazaniu na górze (z rozważaniami na temat rozumu).
Na temat nawrócenia odnośnie wartości dawnego ( a także dzisiejszego) społeczeństwa dzięki kazaniu na górze wiele już napisano. Patrz:
Ewangelia św. Mateusza 5-7, 29. Jedni odnoszą je do działalności społecznych. Inni natomiast upiększają je jako „etykę postawy moralnej” i wolą to, co nazywają „etyką odpowiedzialności” opartą na starotestamentarnych groźbach kary, wojska itd. Niektórzy zaś próbują po prostu żyć zgodnie z nim. Także nie biorąc pod uwagę światopoglądu chrześcijańskiego, kazanie na górze jest bardzo wysoko cenione (np. przez Gandhi).Także z punktu widzenia badań świadomości można zauważyć, że kazanie na górze jest skierowane przede wszystkim do tych ludzi, dla których świadomość jest czymś więcej niż tylko analizą ludzkiego rozumu i dla których życie nie kończy się na progu własnego domu. „Duchowo ubodzy”, a więc ci, którzy „wiedzą, że nic (albo niewiele) wiedzą” i są otwarci na ciągłą relatywizację, że Bóg wie więcej niż oni oraz że może on jeszcze nauczyć ich wielu rzeczy, są „błogosławieni” i „ich jest królestwo niebieskie”. Taką postawę można również traktować jako ciągły silny postęp w rozwoju, o wiele bardziej niż wiele innych postaw, które ludzie uważają za „mądre”.
„Ci, którzy cierpią“ nie zawsze muszą znosić jedynie swój własny los i w ten sposób przyczyniają się stanu ogółu, zamiast lekkomyślnego abstrahowania od wszystkiego. Niektórzy pomagają też żyjąc, nieść ciężar wielu powiązanych ze sobą istnień ludzkich, a na koniec także los narodów i ludzkości. Zamiast mężów stanu są to dziś często ugrupowania i któż daje im potrzebne zrozumienie, kto się modli za nich zamiast za potężnych, znanych i gospodarczo wielkich?
„Łagodni“ są najwyraźniej łagodni z wyboru (a więc nie są to po prostu strachliwi). „Oni będą posiadać świat” i tylko z ich ręki może on zachować się i dalej rozwijać.
„ Ci, którzy głodują i pragną sprawiedliwości“ – to nie zawiść, lecz właśnie poszukiwanie sprawiedliwości dla siebie i innych otwiera ludziom drogę na „górę”, dając im wcześniej czy później odpowiedź nawet jeśli niekoniecznie wypada ona tak, jak się tego spodziewali. „Miłosierni” wnoszą dobrowolnie, w bardzo wyraźny sposób, swoje siostry i braci do góry i są tam tym samym także wnoszeni przez Boga.
„Ci czystego serca" i ci, którzy w taki sposób zobaczyli swoje duchowe „okulary" lub, inaczej mówiąc, uprzedzenia i z nich zrezygnowali, ci „ujrzą Boga”. Oto bardziej wszechstronna wersja wyrażenia ”nie sądźcie”.
„ Miłujący pokój“, a więc ci, którzy ofiarowują pokój w sensie modlitwy o pokój Franciszka z Asyżu, pozwalają również innym zauważyć, że tu musi działać inna siła niż ta, która w innych sprawach decyduje o ludzkim życiu. Tak „będą się zwać synowie ( i córki) Boga".
„Ci, którzy są prześladowani za sprawiedliwość (umiłowanie sprawiedliwości)“ i którzy „za mnie“, tzn. za Jezusa, zostaną zniesławieni i będą prześladowani, będą też błogosławieni i taki był często ich stan wewnętrzny, podczas gdy ich zewnętrzna powłoka cierpiała. To nie znaczy, że cierpienie jest celem samo w sobie.
Ich rolę jako „sól ziemi“ i „światłość ziemi" ci, o których jest tu mowa, mają też pełnić. Właśnie w tym rozdziale Jezus nawiązuje do „praw” i proroków starego przymierza. Nawiązuje on wielokrotnie do minionych czasów, co przetwarza jednak na potrzeby nowych czasów, gdzie nie przepisy same w sobie, lecz ich źródła byłyby na pierwszym planie i gdzie każdy człowiek może od nowa sam tworzyć wewnętrzne zasady życiowe.
Kto „łaknie Królestwa Bożego“, temu wszystko inne „przypadnie“ w udziale.Także tu wyraźnie widać,
że płaszczyzny rozumowego myślenia nie należy co prawda zniszczyć, ale ją otworzyć, aby można było przyjąć też to, co wywodzi się z tej wyższej, spirytualnej logiki. Nie ma tu jednak mowy o tym, że należy opuścić ziemskie przymusy okoliczności na rzecz delektowania się specjalnymi spirytualnymi stanami świadomości. Głębsze zrozumienie należy koniecznie skonfrontować z ziemską świadomością i życiem, aż do momentu gdy ziemia ulegnie przeistoczeniu. Zrozumiałość można zachować lub też dopiero stworzyć tam, gdzie człowiek znajduje się, w odniesieniu do określonych pytań, na skali sięgającej od niewiedzy poprzez spekulacje, przypuszczenia, teorię i przekonanie, aż do wiedzy i to właśnie jest bardzo ważna podstawa rozwoju. To jest więc różnica np. w stosunku do owej wyłącznej pogoni za szczęściem, która egzystuje w niektórych dawnych spirytualnych orientacjach.To myślenie w wyższych kategoriach w kazaniu na górze (patrz też: następny rozdział) jest już z powodu swojej treści skierowane do ludzi, którzy chcą zastosować je nie tylko w celu nowej orientacji swojego indywidualnego sposobu rozumowania. Ten nadany kierunek dotyczy w pierwszej linii życia indywidualnego, a później stosunku do partnera lub „bliźniego”, którego w tym życiu można poszukiwać tak, jak to opisano w rozdziałach „Chrzciny” i „Cisza na pustynii”. W dalszej kolejności należy włączyć je do płaszczyzny budowania szczególnie związków męsko-żeńskich, aby zaraz potem rozciągnąć je na dodatkowe duchowe powiązania i wzajemne stosunki między ludźmi. Opisano to w rozdziałach „Wesele w Kanie Galilejskiej” i „....miłość". W tym przypadku, w kazaniu na górze, buduje się je na płaszczyźnie duchowej i etycznej, która jednak od razu otwarta jest dla dalszego rozległego duchowego ukierunkowania, które umożliwiłoby utworzenie wspólnoty na bazie związków pomiędzy ludźmi. Odpowiada to prawzorowi stosunku dźwięku do interwału, do triady, do gamy – aż do całości.
Na ten temat na niemieckiej i angielskiej stronie wyciąg z kazania na górze, z Ewangelii św. Mateusza, 5: Błogosławienie i Sól ziemi.
Wróć do spisu treści tej strony.
Przemienienie Chrystusa na górze Tabor (Ewangelia św. Mateusza, 17)
Wiele czynów Jezusa, począwszy od rozmowy z Nikodemem – Ewangelia św. Jana, 3 – przez kazanie na górze, aż do uzdrowienia niewidomych i do nakarmienia pięciu tysięcy na górze – stanowią w swojej symbolice zewnętrzny obrys tego, co w dalszej kolejności wewnętrznie obrazuje „przemienienie”. To przemienienie jest spokrewnione ze wschodnim pojęciem „oświecenia”. Duch doznaje oświecenia. Jednak w przypadku Jezusa i tych ludzi, którzy mogą zrozumieć te możliwości, odnosi się to do głębszej więzi z Bogiem rozumianym tu nie jako ogólny absolut, lecz także jako istota.
Samo „pozytywne myślenie“ mogłoby, jeśli byłoby praktykowane bez elementu egoizmu oraz manii wielkości, a także bez manipulacji technicznych, doprowadzić myślenie do takiego stanu, który byłby bliższy temu, co może nadejść od Boga – mogłoby ono więc na to otwierać. Jednak w literaturze zajmującej się tym zagadnieniem w większości brak jest takiej staranności, a w związku z tym mogłoby to zakończyć się oszustwem w stosunku do samego siebie.
Nie jest to jeszcze w żadnym razie „przemienienie”. W nim bowiem nie wplata się dodatku pozytywnych programów w charakterystyczną dla wszystkich ludzi bezładną różnorodność „programów" duchowych - co jest jak najbardziej ćwiczeniem możliwym do przeprowadzenia – lecz raczej wszystko jest rozwikłane dzięki umiejętności spojrzenia na duchowe pochodzenie i uwolnione od zniekształceń i mylących ocen wagi określonych zagadnień. Staje się wtedy widoczny wyższy boży porządek wszystkiego. Jeśli obserwuje się, jak dalece może przebiegać proces dojrzewania człowieka także w tym kierunku – wtedy przedstawia się ono jako pogłębienie psychicznych procesów oczyszczających tak, jak to opisano w rozdziale „Święta żarliwość". Wszystko rozświetla się wychodząc od podstawowych warstw zrozumienia. Zrozumienie - to nie to samo co myślenie i może pojawić się ono z udziałem myślenia lub bez. Nie można go wymusić, ale jeśli się już pojawi, wtedy daje ono wolność. Nie trzeba tu w dalszym ciągu ignorować świata myśli tak, jak to próbowały czynić niektóre kierunki.
Myślenie uwalnia się od instynktywnych wzorów reakcji i dające się kontrolować myślenie analityczne i syntetyczne staje się w łatwiejszy sposób narzędziem stojącej ponad nim świadomości rozsądku. Różnicowanie w procesie myślenia ulega dalszemu rozwojowi nie stając się „letnim” niezdecydowaniem. Można tu wtedy np. zrozumieć co jest właściwe i w jakich warunkach.
U samego Chrystusa należy wyjść z założenia, że nie musiał on pokonać tych wszystkich niejasności, które oddzielają normalnego człowieka od tej płaszczyzny. Jednak i on zyskiwał coraz większą jasność. Później prosił w tzw. modlitwie arcykapłańskiej o tę jasność, którą miał u Boga zanim powstał świat. (
Ewangelia św. Jana, 17).Na ten temat na niemieckiej i angielskiej stronie wyciąg z Ewangelii św. Mateusza rozdział 17, 1-13: Przemienienie Jezusa.
Wróć do spisu treści tej strony.
Jezus nie działał aby zaspokoić żądzę sensacji wielu ludzi, ani też w żadnym wypadku aby zmusić ludzi do wiary przez wydarzenia z zewnątrz. Jego cała droga jest przeniknięta wewnętrzną jasnością na temat tego, co musiał uczynić w danym czasie – a nie „z powodu tej lub innej przyczyny, aby osiągnąć ten czy inny efekt".
Uzdrowienia były często „znakiem“, drobnymi czynami, będącymi symbolem czegoś wielkiego, „zasadniczego“. Podczas uzdrowienia niewidomych od urodzenia w szabacie Jezus odpowiedział, że powodem nie są grzechy „lecz, że Dzieło Boże ma się objawić poprzez jego osobę”. Patrz: Ewangelia św. Jana 5,6-9; 6; 9, 3 itd. Patrz: w 3 części rozdział „Jezus i uzdrawianie”.
Jednocześnie pożądanym efektem ubocznym jest tu z pewnością zachwianie przestarzałych schematów myślenia i zastanowienie się nad głębszym sensem takich czynów. To, że są ludzie, którzy potrzebują do tego możliwości obserwacji, liczenia, pomiaru i ważenia Jezus uznaje w przypadku Tomasza, którego można traktować jako „typ przyrodnika" wśród uczniów (...). (
Patrz: w 3 części rozdziału „Nauki przyrodnicze a wiara w Boga”). Jezus nie chciał nikogo zmuszać, co miałoby charakter sądu i nie można też odkryć u niego zamiaru prowokowania kogokolwiek, kto nie był jeszcze gotów zdecydować się, do odmowy. Także „Ewangelia św. Tomasza” jest warta, aby ją przeczytać – apokryficzny, precyzyjny zbiór sentencji Jezusa, bez względu na to, czy napisał ją sam św. Tomasz, czy też nie. Ten tekst uznawali też spirytualni chrześcijanie w Egipcie i gdzie indziej.Wychodząc z takiego założenia „cudowne czyny”, których dokonywał Jezus nie były sednem jego działalności. Często dokonywał ich tylko po to aby pomóc, gdy go o to poproszono, nie w obecności tłumów i „grożąc” ludziom, aby nic na ten temat nie opowiadali.
Jeśli jednak w czasach dzisiejszych teologowie np. ze szkoły „teologii demitologizującej” Bultmanna nadal jeszcze wychodzą z założenia, że mogliby oni w ogóle zrezygnować z istnienia tych cudów, lub traktować je jako opisy symboliczne, wtedy trzeba im wyjaśnić, że kierują się oni mechaniczną wizją świata i człowieka z 19 wieku, i że w ogóle nie wzięli pod uwagę nowszych prądów naukowych. Te nowe tendencje naukowe w dziedzinie fizyki kwantowej, biologii i biofizyki, badań przyrodniczych i parapsychologicznych, astrofizyki itd. są bowiem na takim poziomie, że mogą one przynajmniej udostępnić pomoce poglądowe usuwające „niewyobrażalność" wydarzeń biblijnych. Nie musi to być poszukiwanie „dowodu na istnienie Boga", za który odpowiedzialne są raczej inne dziedziny niż nauki przyrodnicze.
W tym kierunku teologicznym za słuszne można uznać jedynie to, że nie zakłada on konieczności naukowej objektywności jako punktu wyjścia wiary.
Czasy stronniczości dawnego racjonalizmu minęły. Także dla duchów natury naukowej wiara stała się możliwa bez obawy przed zarzutem schizofrenii. W czasach, gdy ludzie wierzą bez zastrzeżeń w znane z parapsychologii zjawiska takie, jak zdolność niektórych osób do wyginania na odległość metalowych łyżeczek – pozostaje mimo wielu oszustw dość zjawisk nie ulegających wątpliwości. W tych więc czasach, byłoby po prostu absurdem nie przypisywanie takich zdolności właśnie - o tyle potężniejszemu - Jezusowi Chrystusowi. Jezus działał z innej potrzeby ducha, a nie z przyjemności w zginaniu łyżeczek, ale dziś w oparciu o różne doświadczenia, można stwierdzić, że Jezus mógł rzeczywiście przeniknąć wszystkie siły natury i że właśnie w dzisiejszych czasach jest bardzo ważne, żeby widzieć ten fenomen - dla naszego obrazu dzisiejszego człowieka, dla globalnego lub chrześcijańskiego uzdrawiania itd. Takie spirytualne spojrzenie na Jezusa nie jest sprzeczne z postrzeganiem Jezusa jako „syna człowieczego”, który chciał dać przykład płynący z zewnątrz – każdemu człowiekowi z osobna i jego otoczeniu lub wspólnocie. Często to właśnie akceptacja takiej pozornej sprzeczności prowadzi do negacji „cudów”. Ponieważ osoby te zakładają spontanicznie, że muszą odrzucić złe tendencje oddalające je od chrześcijaństwa w pojęciu ludzkim lub socjalno-krytycznym. W rzeczywistości jednak dopiero te obie, razem wzięte strony, dają pełniejszy obraz rzeczywistej radykalności Jezusa i jego związku z wolą oraz tym samym z siłą Stwórcy.
(...) Energia nie jest tu si
łą nierealną; jest ona jednocześnie działaniem istoty Chrystusa. Np. We wschodniej Jodze traktuje się energię często w odizolowaniu. Także dzisiaj istnieją uzdrowienia, zawdzięczane w sensie pierwotnym modlitwie i ściśle połączone z powiązanym z Chrystusem wnętrzem człowieka, przy pomocy tego, który dąży do uzdrowienia i doskonalenia istoty ludzkiej, mogąc uczynić zgodnie ze słowami Chrystusa „więcej” niż on sam.Spirytualne uzdrowienie samo w sobie i związany z nim duchowo-mentalny postęp pozostają jednak łaską, której nie można wymusić, niezależnie od tego ile wysiłku człowiek wkłada w przygotowanie się do nich.
Na temat „Dary Ducha Świętego” takie, jak dar uzdrawiania, „mówienie językami” i dary prorocze patrz też: List do Koryntian 12, 7-11; Dzieje Apostolskie 2, 17-20; i rozdział „Pięćdziesiątnica” w tym piśmie.
Wróć do spisu treści tej strony.
Do tego miejsca wszystkie płaszczyzny istoty ludzkiej, którymi zajmowały się przez setki lat dawne szkoły misteriów, zostały na nowo opracowane przez Chrystusa. Dzięki temu może pojawić się „świadomość" własnego wnętrza człowieka w ramach życia cielesnego, duchowości i mentalności. Jednocześnie rozwija się też z drugiej strony zdolność do pojmowania, integrowania i rozszerzania coraz głębszych i starszych warstw podświadomości.
Drogę prowadzącą od sił duchowo-mentalnych aż po cielesną wolę życia można znaleźć np. w misteriach staroegipskich.
Podczas wskrzeszenia Łazarza –
Ewangelia św. Jana 11*- zaznacza się dalsze pogłębienie. W pierwszym rzędzie, niektóre pozornie nieistotne szczegóły są za zaskakująco podobne do owych misteriów egipskich, które znały doświadczenie człowieka spędzającego trzy dni w stanie, który współczesna parapsychologia określa jako „Out-Of-Body-Experience”, a więc jako doświadczenie pozacielesne takie, jak sen na jawie, lecz przeżywany przy zachowaniu pełnej świadomości. Ciało spoczywało pozornie martwe. Człowiek miał później wewnętrzne przekonanie, że po śmierci będzie on w dalszym ciągu egzystował – jako istota duchowa. „Hierofant” musiał zwrócić uwagę na to, żeby probant powrócił najpóźniej po trzech dniach do stanu ziemskiej świadomości, bo w przeciwnym razie obudzenie nie byłoby już możliwe, a substancja cielesna zaczęłaby ulegać rozkładowi. A przecież właśnie to opowiadano o Łazarzu, który po czterech dniach już „cuchnął”. Głębiej więc, aż do substancji psychicznej musiała działać ta siła, która go „sprowadziła z powrotem”. Poprzez akcję Biblii przewija się tendencja demonstrowania tego, że duchowość chrześcijańską można rozpoznać również, a może wręcz szczególnie poprzez materialność oraz czyny zewnętrzne. Jest to tendencja, którą dopiero w czasach dzisiejszych można ponownie podchwycić po tym, jak mistyka ubiegłych stuleci np. dopiero oczyszczająco przeniknęła płaszczyzny duchowe.Właśnie na takich doświadczeniach przebywania poza ciałem fizycznym, musiałyby opierać się nauki wszystkich religii na temat dalszego życia po śmierci, zamiast na filozoficznych spekulacjach nie odpowiadających zbytnio stanowi świadomości ludzi z czasów minionych i starożytności. Stosowna prezentacja znajduje się w książce
Jean’a Gebser „Pochodzenie i współczesność" („,Ursprung und Gegenwart"). Odróżnia on archaiczny, magiczny i mityczny stopień świadomości od stopnia świadomości opartego na abstrakcyjnym myśleniu oraz od świadomości integralnej. Czy istnieje konieczność zerwania pomiędzy tymi stopniami – to już inna sprawa. W każdym razie można dziś rozpracowywać je. Również R. Steiner podkreśla nieporównywalność dawniejszych rodzajów świadomości. Jedynie ich reminiscencje można dziś znaleźć w różnych klasach wiekowych wzrastających dzisiaj jednostek.Porównywanie ze starożytnymi rytuałami wtajemniczającymi nie ma zresztą oznaczać, że wskrzeszenie Łazarza było zaplanowanym z góry przez wszystkich zainteresowanych wydarzeniem rytualnym tak, jak to miało miejsce w Egipcie.
Jezus przeprowadzał swoje działania często w oderwaniu od kultowych przepisów natury czasowej – np. Szabat, miejscowej – np. świątynia, czy też sytuacyjnej. Dopiero wychodząc od tej niezależności wykorzystywał on jednak czasami w pozytywny sposób określone warunki takie, jak np. święta Paschy, świątynię,.... Może on być pod tym względem wzorem tego, jak można obchodzić się z trendami np. przejęcie założeń astrologicznych, „centrów energetycznych”, zwyczajów. (Patrz: książki Marko Pogacnika „Metody ziemskiego uzdrawiania", „Systemy ziemskie i moc Chrystusa",...( "Wege der Erdheilung", "Erdsysteme und Christuskraft"))W powiązaniu ze wskrzeszeniem Łazarza, Jezus i tworzące się wokół niego otoczenie, mocniej uwidacznia się w stosunku do świata zewnętrznego - jako całość. Można zauważyć w tym silniejszą świadomość Jezusa, obejmującą także krąg jego uczniów i wpływającą w ten sposób na szersze socjalne kręgi otaczające ich. Podobne poszerzenie świadomości może stać się również dzisiaj udziałem ludzi podążających za Jezusem, gdy ich grupowe działania oddziałują na świat zewnętrzny.
A teraz na temat Męki Pańskiej.
Najwyższy kapłan nawiązuje w swoich słowach do powiązania tego, co ma się stać z Jezusem, a losem ludu (Ewangelia św. Jana 11). W wypowiedzianym przez siebie proroctwie zauważa, że Chrystus umrze za wszystkich, ale źle interpretuje, że Jezus zaszkodzi ludowi jeśli pozostanie przy życiu. Wymaga to świadomości, która potrafi niezależnie od myślenia, jednocześnie pojąć procesy i powiązania tego - a więc tego, co sobie trzeba zwykle najpierw przyswoić jako umiejętność. Nie jest ona zawsze zgodna z pojawiającymi się instynktownie obrazami. Można odkryć, rozwiązać i stworzyć najgłębiej leżące przyczyny. Żadne negatywne albo inne myśli będą półświadomie magazynowane i nie mogą rozwinąć się w formie skondensowanych struktur problemowych oddziałujących na głębokie, także cielesne warstwy. Również wstecz można te problemy powoli rozwiązywać, jeśli człowiek kieruje się tymi zasadami. Droga do wolnej, twórczej przyszłości – jest wolna.Na ten temat na niemieckiej i angielskiej stronie wyciąg z Ewangelii św. Jana
11:
Wskrzeszenie Łazarza.
Papież Klemens z Aleksandrii był jeszcze w posiadaniu rozszerzonej, „tajemnej“ wersji Ewangelii św. Marka. Była ona w myśl jego słów "spirytualną Ewangelią dla użytku tych, którzy się doskonalili", służąc "większemu poznaniu". Zawierała ona fragmenty zapisków św. Marka i św. Piotra takie, jak Wskrzeszenie Łazarza, podczas gdy w Ewangeliach do użytku ogólnego – pominięto je. Jedynie św. Jan lub jego uczniowie otwarcie włączyli takie wydarzenia do Ewangelii. Klemens nazywa Chrystusa "Mystagogiem" lub "Hierofantem", tzn. tym który wprowadzał lub wtajemniczał - w odróżnieniu od dawnych „kultów misteriów” – w nowe misteria (Tajemnice Wiary) (Patrz: Prof. Morton Smith, "The Secret Gospel...").
Wróć do spisu treści tej strony.
Na pewien czas przed „obmyciem stóp"- związanych z Chrystusem ludzi nazwano „owcami” –
Ewangelia św. Jana 10, 11-18 - a sam Chrystus został w innym miejscu nazwany „jagnięciem”. Podkreśla się tu istniejącą lub od nowa wypracowaną otwartość uczniów szczególnie na to, co pochodzi od Chrystusa, jak również taki sam stosunek Chrystusa do Boga. Chociaż już bardzo dojrzały – człowiek może znowu poczuć się w pewnym względzie naiwnie jak dziecko. Rzeczywisty postęp – nawet jeśli często trzeba pracować nad własną dumą - prowadzi raczej do skromności. Potęguje się też zrozumienie dla tego, że wszyscy ludzie odgrywają wprawdzie znaczącą rolę, ale ostatecznie niewielką w stosunku do Boga. Można mówić tu też o „pokorze”, ale w tym wolnym, duchowym znaczeniu, a nie w sensie poddańczej postawy wobec autorytetów ziemskich, które to nieporozumienie często w oparciu o to powstawało. Nie jest przypadkiem, że Chrystus mówi w tym samym rozdziale „Ja jestem drzwiami”. Kto otworzy swoją istotę lub swoje serce dla Chrystusa, dla tego jest i on otwarty jak drzwi, które prowadzą do Boga. Jest to warunek dla wszystkiego innego."Owce" przeciwstawia się też "kozłom" (np. Ewaneglia św. Mateusza. 25:32-33).
Wróć do spisu treści tej strony.
Chrystus i „Obmycie stóp", oraz namaszczenie przez Marię z Betanii.
Reszta przekazów w Ewangelii ukazuje coraz bardziej symboliczne wydarzenia, pozbawione dokładniejszych, towarzyszących im nauk. Najpóźniej tutaj możemy odłożyć na bok te spreparowane, komercyjne „opowieści-wszystko-na–temat-Jezusa”, po przeczytaniu których nadal nic nie wiemy. Wprawdzie mogą tu okazać się pomocne pewne płynące z zewnątrz wiadomości, ale to decydujące można pojąć tylko dzięki obserwacji opartej na medytacji. Dla innych może to jednak być wyłącznie pretekstem dla indywidualnych starań o zrozumienie i ani żaden proboszcz, ani historyk nie może zrobić tego za nas.
Obmycie stóp jest opisane w Biblii jako oczyszczenie – Ewangelia
św. Jana 13, 1-20. Ponieważ takie „ezoteryczne” pasaże nie były później w ogóle rozumiane, pozostawiono je w oryginalnej, nie ocenzurowanej wersji. Ten, do którego się to odnosi jest „całkowicie nieskalany” – nie chodzi więc o stopy, lecz o ich symboliczne znaczenie dla całego człowieka. Taki sposób myślenia był bardzo popularny w najróżniejszych kulturach. Te same funkcje możemy odnaleźć w ludzkim organizmie, a więc w mikro- i makrokosmosie i w naturze widzianej od zewnątrz, a więc w makrokosmosie. Stopy są zwrócone ku „ziemskości”, a ich ruchy są podporządkowane sile woli. Czy patrząc z zewnątrz, człowiek podąża tą czy inną drogą - musi on dokonać wyboru przy użyciu swej woli. Oczyszczenie owej woli i jej sprzecznych wybryków - oto treść „Obmycia stóp". Także w Ewangelii św. Mateusza 25, 31 Jezus przypisuje większą wartość dobremu uczynkowi niż chrześcijańskim deklaracjom.Należy widzieć, że ten czyn i kolejne wydarzenia nie są jedynie powtórzeniem przekazanych już wcześniej impulsów odnośnie oczyszczenia rozmaitych obszarów istoty ludzkiej. Wszystko stoi pod tym nowym znakiem, że Jezus wie, iż „nadszedł jego czas” i że jego uczniowie mają dojrzeć by móc samodzielnie nieść dalej „to coś”. Już nie tylko ich osobiste zalety, jak w tym przypadku ich dobra wola, są po przeanalizowaniu ich wnętrza celem tak, jak to było do tej pory – lecz
to wyższe nie egoistyczne „ja” w połączeniu z „osobą” może w coraz bardziej intensywny sposób zespolić się z tym Chrystusem, który przyjął naszą postać" – tak, jak „ja - mój".To doświadczenie można by opisać najdokładniej w ten sposób, że przy przeprowadzaniu tej czynności we wnętrzu powstała czystość do tego stopnia, że teraz wszystko można sterować samemu z ukrytego we wnętrzu źródła i przenikając najróżnorodniejsze płaszczyzny istoty. Jednak na początku jest wola. Wyczuwanie i rozpoznanie udoskonali się w dalszym przebiegu w takim stopniu, że człowiek będzie mógł dokładniej wyjaśnić przyczyny swoich impulsów. Także Bóg kieruje się w naszym wnętrzu taką kolejnością, która na głębszej płaszczyźnie ilustruje wzrastanie dziecka. Nie znaczy to, że ten nowy odcinek rozwoju przebiega „bez głowy”. Ludzki rozwój etycznych odczuć i jasnego zrozumienia został już przedtem silnie „popchnięty”. Brakuje jedynie ich dalszego udoskonalania w sensie Chrystusa, zawartego już w ramach woli.
Innym sposobem przeżywania tych trudnych do opisania faz, mógłby stać się ich stosunek do postrzegania swojej własnej świadomości, tzn spojrzenia którym „anioł” lub „wyższe ja” mogłoby obserwować życie. To (anielskie) wyższe ja może się teraz bardziej uwidocznić w połączeniu z Chrystusem i tym samym również ulega przemianie. Doświadczenia z aniołami są dziś w niektórych ruchach spirytualnych czymś zupełnie oczywistym, podczas gdy chrześcijanie pomimo Biblii jeszcze nadal często wątpią, czy coś takiego w ogóle istnieje, nie mówiąc już o pytaniu, co może być prawdą w twierdzeniu o „własnym” aniele lub o znanym z tradycji ludowych „Aniele Stróżu”, lub o to jak taki związek miałby wyglądać.Chrystus ręczy jednak za uformowaną, uosobioną istotę ludzką i za zachowanie zdobyczy ludzkiego życia wobec otwierania się na bezosobowy świat sił „aniołów”. Dla Chrystusa człowiek, mający takie doświadczenie, nadal nie jest jeszcze doskonały. Z pierwszymi doświadczeniami na ten temat uczniowie mieli okazję zapoznać się już w Ewangelii św. Jana 1. Niektórzy zorientowani spirytualnie sądzą, że chodzi w ogóle tylko i wyłącznie o przeżycie spotkania z aniołem, a potem mogliby oni pożegnać się z życiem doczesnym. W międzyczasie badania tego zakresu wspierają się na już wypracowanej stabilności, by nie skończyć w labiryncie iluzji. Poza tym dopiero wraz z tą fazą pojawia się prawdziwa możliwość dogłębnego przeniknięcia ziemskiego życia przez ducha. Jako punkt odniesienia należy tu wspomnieć, że np. R. Steine,r jako badacz ducha ewolucji człowieka na ziemi, zakłada jeszcze długie jej trwanie, podobnie jak i niektóre inne kierunki. Nie jest chyba konieczne podkreślanie w tym miejscu, że inne praktyki, jak np. hipnotyczno-spirytystyczne „zaklinanie duchów” nie mają nic wspólnego z omawianym tu archetypicznym doświadczeniem z aniołami. Jest jednak w międzyczasie wiele poważnych inicjatyw ludzi, aby w swoim codziennym życiu nawiązać z nimi kontakt.
Podczas obmywania stóp nie zwrócono do tej pory uwagi na to, że ten fragment – np. Ewangelia św. Jana 12 – wiąże się wewnętrznie z tym, gdzie
Maria z Betanii symbolicznie namaszcza Jezusa i wyciera jego stopy swoimi włosami. Czy symbolizuje ona tylko swoją osobę jako człowieka, czy również żeńskie aspekty Boga takie, które można by w innych miejscach Biblii przypisywać- choć na pewno nie w identycznej formie jak Maria z Betanii - Maryji, Matce Bożej i Marii z Magdali? Dlaczego poprzedza to owo znane obmywanie stóp? Dla tych – często sprzecznych – zadatków feministycznej teologii opartej na doświadczeniach, z pewnością uda się odnaleźć jeszcze niejeden nie odkryty, bądź tylko częściowo odkryty skarb. „Ostatnie namaszczenie” np. w kościele katolickim, można też traktować jako następstwo tego wydarzenia.Ponadto jest godne uwagi to,że obmycie stóp nie jest jednorazową czynnością wykonaną przez samego Jezusa, lecz że również uczniów zachęca się wzajemnie do obmywania sobie stóp, podobnie jak Ostatnia Wieczerza złożona zostaje po prostu na ręce powstającej wspólnoty – w sensie kapłaństwa wszystkich. Wysubtelniona przez obmywanie stóp wola lub wola życia
rozszerza się poza własną istotę na całe otoczenie, w pierwszej kolejności na sąsiada, któremu dana osoba obmywa stopy, a później także na współodpowiedzialność za innych i za wszystkich uczniów.Obmycie stóp można też rozumieć jako posługę dla innego człowieka. Tylko poprzez obmycie stóp mają oni „swój udział w nim”, jak to określa Jezus. Podkreśla to w niejednym względzie daleko idące znaczenie tego kroku. W pierwszej kolejności chodzi tu szczególnie o ten obszar, o którym młodzi ludzie mówią: on/ona „chodzi ze mną”. Jednak nie chodzi o to aby mieć związek z kimś, lecz o to, żeby „być w (żywym) związku”. Obmycie stóp można jedynie zrozumieć jako „krok do przodu". Nie chodzi tu tak bardzo o zewnętrzny obraz takiego czynu. W sensie jednak alchemistycznej praktyki, stosującej zewnętrzne działania w charakterze pomocy poglądowej również dla wewnętrznych działań i procesów w człowieku, jest to działanie sensowne, ale tylko i wyłącznie w połączeniu z przynależną do tego postawą wewnętrzną. Takie teoretycznie prawidłowe podejście działającego proboszcza nie wystarczyła by, ponieważ konieczny jest udział samych zainteresowanych – o nich to bowiem chodzi. Tak też jest w przypadku Ostatniej Wieczerzy – teologowie spierają się o różne jej aspekty. Mogą oni nawet mieć na swój sposób rację, ale ten aspektu świadomej przemiany samych zainteresowanych, o których tu chodzi, nie uwzględniły w wystarczający sposób ani kościół katolicki, ani ewangelicki.
Podczas gdy w przy prostszych naukach było obecnych np. jeszcze 5000 ludzi, później 500 lub 70 – w obmyciu stóp brało udział tylko jedenastu uczniów, którzy wiele nauczyli się od Jezusa i byli na tyle przygotowani, że mogli skorzystać z okazji. Może jedynie Judasz jeszcze jeszcze nie był na to gotów. Nawet Jezus nie przekazuje wszystkich swych nauk od razu wszystkim, lecz czyni to stopniowo. Istnieje jednak możliwość, że pojedyncze osoby także posuwają się do przodu, jeśli zaczynają swoją kontemplację od razu od wydarzeń mających miejsce z ukrzyżowaniem. Tak próbowali postępować np. chrześcijańscy różokrzyżowcy. Obmycie stóp, biczowanie, nałożenie korony cierniowej, ukrzyżowanie i złożenie do grobu, zmartwychwstanie, wniebowstąpienie nazywano „chrześcijańskimi wtajemniczeniami”. Przetransponowane na nowsze czasy, wynikały z nich też senne widzenia siedmiu dni „Wesela Christiana Rosenkreutza” (
„chymischen Hochzeit des Christian Rosenkreutz" ) opublikowane w 1616 roku przez luterańskiego teologa J.V.Andrae i zakamuflowane jako satyra.Takiego kroku nie można z pewnością zakończyć podczas pierwszego zetknięcia się z tym w zewnątrznej formie, w medytacji lub we śnie. Byt człowieka może rozwijać się wraz z jego wszystkimi zdolnościami w wielu kierunkach, dalsze kroki mogą następować, krzyżować się z poprzednimi, ale nowe uzdolnienia osiągną swoją pełną formę dopiero wtedy, gdy poprzedzające je działanie zostaną w pełni zakończone.
Po Namaszczeniu w Betanii następuje w Ewangelii św. Jana 12 uroczysty wjazd Jezusa jako Mesjasza do Jerozolimy. Po obmyciu stóp przekazane są np. w Ewangelii św. Jana 13-17 ujawnienie zdrajcy Judasza Iskariota, mowa pożegnalna i modlitwa arcykapłańska Jezusa.
Na ten temat na niemieckiej i angielskiej stronie wyciąg z Ewangelii św. Jana 13,3-15: Obmycie stóp.
Wróć do spisu treści tej strony.
Ostatnia Wieczerza; Uroczysty wjazd Mesjasza, pojmanie i biczowanie.
Jezus czczony jako zapowiedziany Mesjasz wjechał do Jerozolimy – Ewangelia św. Jana 12, 12-19. Zatwardziałe kasty kapłanów potrafiły przyciskać „psychiczne guziki" u ludzi, aby w ten sposób zmienić panujący nastrój mas - na negatywny. Jednostki, które zauważają u siebie negatywne przesłanki i obojętność oraz przeistaczają je, mogłyby dopiero wtedy osiągnąć tę stabilność i powiązanie z Bogiem, dzięki którym nie można by nimi tak manipulować przy pomocy sugestii mas i płynących z zewnątrz negatywnych sił, których istnienie w różnej formie, także w postaci zjaw, próbowano udowodnić również w 20 wieku.
Podczas pojmania w Ewangelii św. Jana 18 – żołnierze upadają najpierw na ziemię – Chrystus pokazuje, że nie jest on w ich mocy. Mimo to jednak posłusznie zezwala na wszystko, co z nim czynią.
„Biczowanie" Jezusa – Ewangelia św. Jana 19, 1 – pada na jego plecy. Środkowa część ludzkiego ciała, jego odczucia, siła pokonywania cierpienia w sensie emocjonalnym, oto zalety, które mogą pojawić się podczas czynności medytacjnych, a nie pasywne, z rezygnacją znoszone cierpienie. Mimo to donoszą wszyscy mistycy, którzy to mniej lub bardziej dobrowolnie przeżyli w swoim wnętrzu, o bólu. Chrystus nie ucieka więc ze strachu przed tym bólem, co mógłby z pewnością zrobić, podobnie jak indyjski mistrz praktykuje pratjahary, a więc odsunięcie (zablokowanie) zmysłów. Można tu raczej zauważyć próbę rozszerzenia świadomości na cierpienia innych.
Należałoby dodać w tym miejscu, że nie jest całkowicie prawdą, jeśli próbuje się uczynić z biczowania, jak już wspomniano, symbol pewnego „stopnia wtajemniczenia”, a więc stopnia rozwoju dzisiejszego człowieka na drodze do większej doskonałości. Tego właściwego czynu dokonał Jezus już w trakcie Ostatniej Wieczerzy po namaszczeniu w Betanii (Ewangelia św. Mateusza 26, 26-29). Ta wieczerza jest lepszym symbolem tego, co Jezus daje cierpiącym ludziom. Chleb symbolizuje przede wszystkim substancję (bądź duszę) Jezusa Chrystusa, „słowa". Wino jest symbolem boskiego ducha Chrystusa, który ożywia to słowo dla działań altruistycznych. Kościół katolicki podkreśla przemianę substancji chleba i wina, w ciało i krew Chrystusa. Kościoły ewangelickie podkreślają zaś wzniosłość pamięci o Chrystusie. Obie strony mają rację na tyle, że już w przypadku normalnej „wody święconej” naukowe badania wykazały zmianę kąta molekułów wody. Jednak ten właściwie istotny punkt, to przemiana zachodząca w samym uczestniku, który koncentruje się na poddanie się przemianie, przy udziale tego, czym emanują przemienione i przemienialne „ciało i krew”. Chleb i woda są jednocześnie pomocą poglądową dla tego procesu. Niektórzy próbowali nawet nastawić się, w sensie czysto duchowym, na przemienione i przemienialne „ciało i krew Chrystusa” bez udziału chleba i wody i odczuwali efekty. Jest to jednak w pewnym stopniu trudniejsze, a jeśli ktoś chce praktykować spożywanie święconych potraw, bez udziału kościelnego sakramentu, trzeba by to nazwać raczej „posiłkiem agape”, „posiłkiem miłości”.
Biczowanie można rozumieć jako rodzaj karykaturalnej odpowiedzi nieświadomych sił na to, co się właściwie stało i nie musi w związku z tym stać w centrum zrozumienia. Dotyczy to również następującego po nim nałożenia korony cierniowej. Niekiedy trochę jednostronne podkreślanie cierpienia w dawnej ezoteryce chrześcijańskiej ma się do takich nowych punktów widzenia mniej więcej tak, jak dawny sposób przedstawiania Jana Chrzciciela do sposobu nauczania przez Jezusa i jego uczniów. Człowiek sam może wybrać, którą z tych wersji chce uznać za właściwą.
Na ten temat na niemieckiej i angielskiej stronie cytat z Ewangelii św. Mateusza 26,26-29 o Ostatniej Wieczerzy (Komunia św., Eucharystia).
Wróć do spisu treści tej strony.
Nałożenie korony cierniowej i mowy pożegnalne.
Ponieważ biczowanie było u Rzymian jedną z popularniejszych niższych form kary, interpretacja tego pojęcia w sensie przedchrześcijańskich kultów misteriów – schodzi tu na dalszy plan. Nałożenie korony cierniowej –
Ewangelia św. Jana 19, 2-3, to kolejne pojęcie z tych misteriów, jest natomiast częścią składową normalnego repertuaru rzymskiego. Z pewnością można tu zauważyć pewną ironię: ciernie zamiast złota. Mimo to pozostaje jeszcze pytanie, jak doszło do tego, że żołnierze w taki dokładny sposób nawiązują właśnie do tradycji misteriów, nawet jeśli sobie w tym momencie tego nie uświadamiają. Nawet jeżeli – wielu rzymskich żołnierzy było zwolennikami takich kultów – zdawali sobie sprawę z zewnętrznych podobieństw, nie udałoby im się zredukować Chrystusa do znanego im sposobu przeżywania.Podczas gdy złota korona byłaby symbolem panowania, niekoniecznie w sensie negatywnym - korona cierniowa u Chrystusa była symbolem pewnego rodzaju mistrzostwa, które nie miało znaczenia na świecie. Przy tym ciernie wpijały się w głowę. Także tu nie należy doszukiwać się jedynie bólu, lecz raczej siły do pokonania wszelkich wątpliwości, których pojawienia się u Chrystusa nie można zauważyć. Pojawiają się one dopiero w momencie na krótko zanim zdecydował się on nie zrezygnować z wypicia tego „kielicha goryczy". Biczowanie i nałożenie korony cierniowej ma nam zasugerować to, co w tym kontekście kontynuuje obmycie stóp. Także odczuwanie i zrozumienie – wbrew wszelkim przeciwnościom – wydają się być „uświęcone”.
Wspomniana ciągła tendencja wydarzeń do wyrastania ponad siebie samego, ma też znaczenie jako siła w odniesieniu do nowych ruchów takich, jak rucha na rzecz pokoju, ruchy ekologiczne i tendencje spirytualne mające na celu „uzdrowienie ziemi”.
Podobnie jak podczas biczowania, również podczas nałożenia korony cierniowej chodzi o reakcję, o odbicie tego, co wydarzyło się już właściwie wcześniej. Ten właściwy punkt, gdzie ukazuje się owo bazujące na pozytywności duchowe otwarcie, prowadzące do wyrastania z siebie – leży w ”Mowach pożegnalnych„ Jezusa, np. w
Ewangelii św. Jana 13, 31-17 i w spotkaniu z Poncjuszem Piłatem, np. w Ewangelii św. Jana 19,5* (*"Oto człowiek“, co można z medytacyjnego punktu widzenia traktować jako pojmowanie Chrystusa jako wzór zbawionego człowieka). Nie tylko obmycie stóp i ostatnia wieczera jako takie, ale również słowa Jezusa były jednocześnie czynami.Zgodnie z tymi zasadami byłoby sensowne, szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy mowa jest o „chrześcijańskich wtajemniczeniach i stopniach rozwoju“, uwzględnianie w wyraźniejszy sposób pozytywnych podstaw.
Wróć do spisu treści tej strony.
Ukrzyżowanie i złożenie do grobu.
Sposób widzenia ukrzyżowania i śmierci Jezusa jest jeszcze bardziej zróżnicowany niż inne stacje jego życia. Powodem tego jest przypisywana mu ze strony kościoła ranga, a z drugiej strony fakt, że interpretatorzy chcieli wszystko osadzić w realiach charakterystycznych dla swojego własnego systemu światopoglądowego. Np. Ewangelia
św. Jana 19, 12-37.Tendencje gnostyczne na marginesie chrześcijaństwa były wprawdzie gotowe zajmować się Chrystusem, ale opierając się na swoim greckim podłożu nie były w stanie wyobrazić sobie, że tego rodzaju ważna niebiańska istota była urodzona przez kobietę i umarła. Musiał on więc ukazać się jako anioł, lub jak to później przypisywano niektórym wschodnim mistrzom – jako ulotne ciało, które nie było śmiertelne, lecz po prostu ponownie rozpuszczało się. Ponieważ w ich nauce świat ziemski i materia uchodziły za złe po wszelkie czasy, dalecy byli oni od założenia, że taka istota miałaby przejść przez wszystkie stacje ziemskiego życia lub przeniknąć je swoim światłem. Pojęcie „gnostyczny” stosuje się tu w odróżnieniu od apostolskiej gnosis (wiedzy), które to odróżnienie uznał za słuszne nawet krytyk sekt F. W. Haack. Mimo to, wiele takich nauk miało liczne punkty wspólne i tak np. gnostyczna „Ewangelia prawdy” uznaje, że Jezus został przybity do krzyża.
Ludzie reprezentujący bardziej materialne lub negatywne nastawienie rozpowszechniali legendy, że Jezus był nieślubnym dzieckiem rzymskiego żołnierza, co wobec ówczesnych norm moralnych kompletnie by go dyskwalifikowało. Spekulowano na ten temat, że Jezus nie umarł lecz ozdrowiał, bądź został uleczony. Do dnia dzisiejszego istnieją próby np. przyporządkowania grobu prawdopodobnie starego człowieka o imieniu Jezus w Kaszmirze – biblijnemu Jezusowi. We współczesnej literaturze pojawia się co najmniej jeszcze jeden, nie odkryty do tej pory europejski grób Jezusa. Na ten temat trzeba jeszcze dodać, że imię Jezus lub też Jehoschua, Jeschua, Jesat – nie było rzadko spotykane. Również w apokryfach (utworach o tematyce biblijnej, nie umieszczonych w „kanonie” biblijnym) pojawia się kilku innych Jezusów: Jezus Syrach, Jezus ben Pandira. Nie mówiąc już o tym, że nawet właściwy Jezus według interpretacji R. Steinera traktowany był - na podstawie odbiegających od siebie danych na temat pochodzenia u św. Mateusza i św. Łukasza - jako dwóch różnych, ale powiązanych ze sobą chłopców imieniem Jezus.
Częściowo w związku z takimi tezami pojawiły się sprzeczne wyniki badań Całunu Turyńskiego. W jednym przypadku materiał miał zawierać pyłki z czasów i z ojczyzny Jezusa, a w innym miał pochodzić z okresu „średniowiecza”. W jednym przypadku odcisk na całunie miał być wywołany poprzez wysokoenergetyczne promieniowanie, np. przez nagłe rozpuszczenie, a w innym twierdzono, że ślady krwi świadczą o tym, że Jezus żył jeszcze gdy go zdejmowano z krzyża. Uznanie najnowszego stanu badań prowadzi do wniosku, że całun jest autentyczny, podobnie jak i niezwykła historia powstania obrazu. Może wesprze to ludzi w ich dążeniu do pojęcia realności wydarzeń związanych z Chrystusem przy użyciu ich ziemskiego rozumu (patrz: Uwagi na temat drogi ucznia św. Tomasza w 3 rozdziale: „Nauki przyrodnicze i wiara w Boga”). U Lorber’a za nieprawdziwą uznana została jedynie „trewirska tunika”. Stało się to jednak wyraźnie w celu skierowania poszukiwań wiary ku wnętrzu, a nie uzależniania jej od emocji związanych ze znaleziskami i teoriami dotyczącymi zewnętrznych artefaktów.
Takie badania mogą jednakże zachęcić do badań medytacyjnych. Przy tym zaznacza się, że istnieje coś, co nie pasuje do żadnego istniejącego schematu. Patrz: również
Grönbold „Jezus w Indiach – koniec legendy" („Jesus in Indien- das Ende einer Legende") (w języku niemieckim). (...)Jak już stwierdzono na początku, świadectwa mistyków są często bardziej pomocne, by zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie o znaczenie dawnych wydarzeń dla rozwoju współczesnego człowieka, a co za tym idzie również na pytanie o jego charakter. Im więcej ktoś posiada spirytualnych doświadczeń w tym kierunku, tym więcej jest on w stanie zrozumieć. Postrzeganie chrześcijańskich mistyków i osób naznaczonych stygmatami Chrystusa – są bez styczności pomiędzy sobą – częściowo pokrewne. Zawierają one ten czy ów nieznany z Biblii szczegół dotyczący przeżyć Jezusa, w którym wykazują podobieństwa od Franciszka z Asyżu po Ojca Pia i Teresę z Konnersreuth. Wszyscy oni są zgodni co do tego, że ukrzyżowanie i śmierć Chrystusa odcisnęła głębokie i realne piętno na tym świecie, i że niespodziewany lub też nieświadomy kontakt z tym wydarzeniem umożliwia doznanie niewypowiedzianego bólu, ale też i niewyobrażalną siłę pociągającą wszystko w górę, a nie w dół. Egzystencjalnemu, obejmującemu całą istotę, charakterowi ukrzyżowania bliższe jest z pewnością życie takich niezwykłych osób, niż sposób postępowania oparty wyłącznie na intelekcie. W temacie życia i śmierci chodzi na pewno o coś więcej niż o poszczególne warstwy istoty, które należy rozpatrywać łącznie, a w tym przypadku wraz z „przyczynową” płaszczyzną tworzenia zasad i losu. Również ci ludzie, u których mistyczne powiązanie z Bogiem nie jest rozwinięte w tak silnym stopniu, mogą wykorzystać wydarzenia na płaszczyźnie medytacyjnej jako pomost ku rzeczywistości, bez względu na to, na ile jest on niedoskonały. Przez słowa wypowiedziane do ukrzyżowanego wraz z nim zbrodniarza, że wkrótce dostanie się on wraz z nim „do raju”, Chrystus wskazuje, że jest możliwe przebycie jego drogi w krótkim czasie.
Świadome przeniknięcie tych najgłębszych procesów ludzkiej egzystencji, która wiąże się z przygnębieniem, cierpieniem i degeneracją, może się ukazać w formie aktualnej realnej możliwości, obojętnie w jakim zakresie. Chociaż ta możliwość nie jest przypisana ani żadnej konkretnej porze roku, ani geograficznemu położeniu miejsca wydarzeń – wydaje się, że łatwiej jest o to w okresie Wielkanocy.
Jest to tak, jakby do tradycyjnego rytmu przemijania i odnawiania związanego z porą roku i z tradycją, Wielkanoc dodawała kolejną „oktawę”.To, że Jezus nie uznaje już ugody, że fizyczna materia przeciwstawiła duchowi niepokonalne bariery, okazało się już w przypadku Łazarza. Nic oprócz Boga, niezależnie od tego, na ile jest to ociężałe lub też negatywne - nie jest dla niego obowiązujące na zawsze i wszystko może w ostateczności ulegać przekształceniu. Im głębiej lub mniej uświadomione jest to co należy przekształcić, tym trudniej jest z natury rzeczy wpłynąć na to.
Podczas ukrzyżowania zasygnylizowano podobnie jak podczas wydarzeń, które miały miejsce na krótko przed nim – oprócz siły pokonywania także uniwersalną świadomość, jak np. w słowach na krzyżu, które osiągają swój punkt kuliminacyjny w zdaniu „Dokonało się!” Odnośna odczuwalna i wspomagająca
„ofiarująca miłość" nie jest jednak wystarczająco wyrażona w starej, niemal prawniczo brzmiącej formule „odkupienia ludzi poprzez ofiarę Chrystusa”. Może ona być traktowana jako próba, by ułatwić zrozumienie tego przez świadomość opartą na zrozumieniu; pierwotnie mogła ona też stanowić dopasowanie do świata pojęć ówczesnych Izraelitów, gdzie chodziło o możliwość ułagodzenia bóstwa przez rytualne (zwierzęce itd.) ofiary – coś, czego Jezus nigdy nie nauczał.Inne teologie kładące szczególny nacisk np.na to, że Jezus aż do swojej śmierci jest wierny swoim zasadom, również nie wyjaśniają mistycznych doświadczeń w wystarczający dla wszystkich sposób. Dotyczy to również towarzyszących im fizycznych zjawisk takich, jak stygmaty, brak pożywienia itd. Patrz: np.
Thurston „Zjawiska cielesne towarzyszące mistyce” („die körperlichen Begleiterscheinungen der Mystik") i Höcht „Od Franciszka do Ojca Pia i teresy Neumann" ("Von Franziskus zu Pater Pio und Therese Neumann), a także następny rozdział.Rupert Sheldrake
, biolog który dzięki swojemu całościowemu sposobowi myślenia zyskał sławę m.in. w nowym ruchu spirytystycznym, rozwinął teorię „pola morfogenetycznego”. Gdy małpy zamieszkałe na wyspie rozwijały jakąś nową umiejętność, małpy tego gatunku przebywające na innych wyspach i nie będące z nimi w kontakcie, wkrótce też zyskiwały tą umiejętność. Musiało istnieć tu nadprzypadkowe pole sił łączące ze sobą zwierzęta tego samego gatunku. Gdy autor zapytał Ruperta Sheldrake’a czy potrafi on wyobrazić sobie, że np. rozwój Jezusa aż do ukrzyżowania lub zmartwychwstania mógłby przy pomocy takiego pola sił być wyświetlony na całą ludzkość, odpowiedział on po pełnym zdumienia zastanowieniu: „tak, ale należałoby tu raczej przyjąć zastosowanie spirytualnego, a nie morfogenetycznego pola sił.”Również to nie jest dowodem na „istnienie Boga”, ale niektóre nowe prądy naukowe dają już lepsze możliwości zbliżenia się do tych trudno zrozumiałych powiązań niż teologie, które albo dogmatycznie trzymają się starych nauk, albo pomijają po prostu wyjaśnienie niezrozumiałych zagadnień.
Także w przypadku ukrzyżowaniu zaznaczają się podobieństwa, ale nie identyczność, ze starymi rytuałami wtajemniczającymi. Krzyż lub drzewo, na którym powieszono człowieka, można znaleźć m.in. na północy, np. w mitach na temat Odyna, który przez dziewięć dni wisiał na drzewie i doznał w tym czasie doświadczeń wyższego rodzaju. Motyw grobu jako miejsca wtajemniczenia, można znaleźć w kulturze megalitycznej, a także celtyckiej oraz w szczególnie wyraźnej formie, w kulcie piramid starożytnego Egiptu. Piramidy niezależnie od tego czy rzeczywiście były miejscami pochówku – co nie jest udowodnione, ponieważ napisy na ścianach niewiele mówią - czy też nie, były w każdym razie używane jako miejsca kultu, podobnie jak celtyckie pagórki-grobowce. Ponieważ w czasach dzisiejszych wymagałoby to już bardzo wyraźnego ignorowania wielu faktów, nie będziemy się w tym miejscu bliżej zajmować tym zagadnieniem. R. Steiner zauważył, że oba duchowe prądy rozwoju, motyw krzyża i motyw grobu, ponownie zbiegają się u Chrystusa.
Ponowne przeżywanie ukrzyżowania, wzgl. „północy duszy”, „mistycznej śmierci”, przejścia przez opuszczenie wszystkiego, czego człowiek mógłby się kurczowo trzymać, to wszystko co odczuwali znani chrześcijańscy mistycy w tej czy w innej formie, ma też pewne podobieństwo ze szczytowym przeżyciem znanym z Jogi, Nirvikalpa Samadhi lub doświadczeniem pustki „nirwany”. Mistyka chrześcijańska przekazała jednak doświadczenie, że w pustce lub poza nią znów „coś” jest, a mianowicie Chrystus lub Bóg. To, że również idąc indyjską drogą można przekroczyć nirwanę i dostać się do tego, co leży za nią, pokazał Aurobindo. Na chrześcijańskiej drodze może jednak od początku religijnej drogi i bez przerwy występować coś z owej leżącej poza wszystkim pełni, ponieważ istota Chrystusa, która przeszła przez ziemię stanowi tu rodzaj pomostu.
Sprawia to wrażenie spaceru po linie, jeśli ktoś taki, jak Aurobindo jest konfrontowany z siłami, które zalecają mu powiązanie z rozwojem Chrystusa wobec jednoczesnego braku tego podłoża. Nie jest to jednak w żadnym wypadku niemożliwe. Można tu wspomnieć np. przypadek hinduskiego chłopca Sadhu Sundar Singh, który nie wiedział nic o chrześcijaństwie, ale dzięki intensywnym wewnętrznym pytaniom o Boga, doznał nagle Chrystusa i przekazał później te swoje doznania w formie pisemne